Nazwisko Ken Bugul (a właściwie pseudonim występującej jako „ta, której nikt nie chce” Mariétou Mbaye) powracało do mnie w trakcie wielu literackich spotkań. Kiedy więc na grzbiecie jednej z piętrzących się na księgarnianych półkach książek ujrzałam znajomą zbitkę liter w wolof, uznałam, że czas najwyższy, by się o sile twórczości senegalskiej autorki przekonać na własnej skórze. Na pierwszy ogień poszło Widziane z drugiej strony wydane przez Państwowy Instytut Wydawniczy w 2004 roku.

Trzeba przyznać, że powieść od początku zaskakuje. Szybki rzut oka wystarczy, żeby zorientować się, że to nie kolejna leniwa wycieczka, w czasie której wzrok sunie spokojnie od lewej do prawej – tym razem przy każdym zdaniu czeka nas energiczny skok w nową linię. Forma zapisu doskonale koresponduje tutaj z treścią. Widziane z drugiej strony to nie starannie uporządkowane i spisane wspomnienia, ale żywa, tworząca się na naszych oczach opowieść, której drogę wyznaczają spontaniczne skojarzenia. Czytając książkę Bugul, nie mogłam oprzeć się wrażeniu, że siedzę naprzeciwko narratorki, mijają godziny, niebo powoli przechodzi z błękitu w granaty i czernie, odgłosy dobiegające z zewnątrz milkną, a ja nadal urzeczona wpatruję się w twarz kobiety, która czasami z błyskiem w oku bombarduje mnie wspomnieniami dotyczącymi szkolnych koleżanek, innym zaś razem zamyśla się, zwalnia, zapomina o mojej obecności i jakby pogrążona w transie przywołuje odległe obrazy.

niespodziegadki_kenbugul_widzianezdrugiejstrony3

Są w tej pajęczynie historii takie, które nieustannie powracają i domagają się wielokrotnego opowiadania. Słowa, które raz wypowiedziane nie przynoszą ulgi, demony przeszłości nakazujące stale spoglądać sobie w oczy. Punktem, w którym zbiegają się wszystkie utkane z opowieści o złożonych rodzinnych relacjach dróżki, jest matka. Matka, której nie ma. „Najdroższa istota”, która odeszła, pozostawiając po sobie pustkę – wyrwę w sercu, której nie zdołało wypełnić kilkadziesiąt lat. Marie, porzucona jako mała dziewczynka, obsesyjnie pragnie obecności matki i nieustannie drży o to, że ta zostanie jej odebrana nawet tam, „po drugiej stronie”.

niespodziegadki_kenbugul_widzianezdrugiejstrony1

W trakcie lektury doświadczamy intensywnej, elektryzującej prozy, ale też mamy do czynienia z niezwykłym świadectwem siły uczucia łączącego dziecko z matką. Nie da się przestać istnieć w relacji do tej, której było się częścią – ta myśl nie przestaje mnie prześladować, kiedy czytam tę książkę. „To była moja matka, a nie twoja. To ja leżałam, zwinięta w kłębek, w jej brzuchu. Czuła, kiedy ją kopałam” – mówi bohaterka powieści. Odtrącona, rozpaczliwie pragnie, by bliskość między nią a matką nabrała mocy fizycznej więzi istniejącej między kobietą a rozwijającym się w jej łonie płodem. Więzi nawet jeśli bolesnej to niemożliwej do zanegowania. Będąc dorosłą kobietą i szukając kontaktu z matką, Marie nadal odruchowo wyciąga w jej stronę ręce, próbuje odtworzyć zapach jej ciała i przypomnieć sobie głos, który śpiewał jej kołysanki. „Ayo néné néné néné touti” – te słowa rozbrzmiewają w mojej głowie jeszcze długo po tym, jak odkładam powieść Bugul na półkę.

Widziane z drugiej strony to niesamowita opowieść o pojednaniu. O oczyszczeniu, które dokonuje się przez słowo. O języku, który ma moc ocalania, kiedy wszystko inne zawodzi. Mocna, wzruszająca, zapadająca w pamięć. Kawał dobrej literatury.

Mówimy o: Ken Bugul, Widziane z drugiej strony, przeł. Anna Gren, PIW, Warszawa 2004.

Zostaw komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.