Niespodziegadkom zdarza się kupować książki kompulsywnie. Najgorzej jest, gdy robią zakupy razem. Efektem jednej z takich (zeszłorocznych, o ile mnie pamięć nie myli) wspólnych włóczęg po księgarniach są Frykcje Philippe’a Dijana, stojące sobie spokojnie na mojej półce. Obie kupiłyśmy po egzemplarzu, po pierwsze dlatego, że miałyśmy poczucie, że czytamy za mało literatury francuskiej, po drugie skusił nas opis na okładce, porównujący powieść do Pianistki Elfriede Jelinek.

 A gdy jeszcze zajrzałyśmy do środka i zobaczyłyśmy, że autorem przekładu jest Jacek Giszczak, wiedziałyśmy, że musimy wziąć tę książkę. Patrzę na nią w tej chwili. Cieniutka i niepozorna, wciśnięta między dwa grubaśne tomy Mojej walki Knausgarda. Wszystkie trzy do niedawna dziewicze, niewinne, niemal nietknięte.  Czasem podejrzewam, że wszystkie te książki, które odeszły w zapomnienie jakiś czas po tym, gdy je przyniosłam do domu i wciąż czekają na swoją kolej, mają do mnie żal. Zerkam na nie co kilka dni, czując się coraz bardziej winna, aż w końcu wrzucam którąś do torby i zabieram z sobą do tramwaju czy autobusu, by naprawić wyrządzone szkody.

Frykcje nadają się do czytania w komunikacji miejskiej. I to pierwszy dowód na to, że z Pianistką niewiele mają wspólnego. Jelinek wymaga totalnego skupienia, maksymalnego wysiłku – lektura jej książek do kawki w Starbuniu czy w przerwach od sobotniego sprzątania łazienki ma taki sam sens jak jedzenie zupy widelcem. Dijan za to pisze w taki sposób, że bez przeszkód można go czytać w każdych warunkach. A o czym pisze?

Philippe Dijan, Frykcje, Sic.

Nie powiedziałabym, że to opowieść o toksycznych relacjach syna z matką, bo ta ilość toksyn nikogo raczej nie zabije (w przeciwieństwie do szkodliwych substancji, którymi nasączone są kartki Pianistki!).  Ot, takie tam tarcia i spięcia międzyludzkie. Bohater jest świadkiem kłótni rodziców, potem sam kłóci się ze swoimi partnerkami, córką oraz matką, która przychodzi pijana do jego domu. Zabija też dwa psy, a w międzyczasie wszyscy jedzą  naleśniki i piją alkohol.

To właściwie bardziej zbiór epizodów z różnych etapów życia bohaterów niż spójna historia zmierzająca z punktu A do punktu B, co wydaje mi się atutem książki, zwłaszcza, że tekst jest plastyczny i działa na wyobraźnię. Taki nieco topornie zmontowany zlepek skrawków z życia obcych ludzi przywodzi na myśl niezależne filmy krótkometrażowe lub nawet produkcje z okresu Nowej Fali.

Podobnie jest z dialogami  – te to dopiero są nowofalowe! Bohaterowie używają chyba jakiegoś sekretnego, nieznanego mi kodu, bo w większości przypadków nie miałam zielonego pojęcia, o czym oni właściwie mówią. Nie potrafiłam nawet odgadnąć, czy są zdenerwowani, czy zadowoleni, czy może po prostu mają wszystko gdzieś i, prawdę mówiąc, jest to dla mnie ogromny minus. Gdybym chciała doświadczyć bezsensownej, niezrozumiałej i nieprowadzącej do niczego konwersacji, zagadałabym do jakiegoś internetowego bota (choć te współczesne są już na tyle rozwinięte, że pewnie i tak byłyby w stanie przeprowadzić sensowniejszą rozmowę niż bohaterowie Frykcji).

Philippe Dijan, Frykcje, Sic.

To nie jest zła książka. Autor miał jakiś pomysł, niezły styl i coś do powiedzenia, ale nijak się to ma do porażającej, podduszającej czytelnika maestrii Jelinek. Nie sądzę, by sam Dijan pisał swoją powieść z zamiarem nawiązywania do Pianistki i ktoś zrobił mu sporą krzywdę, wspominając ten tytuł na okładce. Porównanie do książki, którą, gdybym prowadziła taki ranking, bez wahania umieściłabym w swoim TOP 5 (a nawet TOP 3), cały czas dudniło mi gdzieś z tyłu głowy i przez to Frykcje wypadły dość blado.

Zdarzyło Wam się kiedyś wylądować przez przypadek w towarzystwie zupełnie obcych osób, z którymi nic Was nie łączy i jesteście przekonani, że nie macie im absolutnie nic do powiedzenia, więc właściwie szkoda Waszego czasu, bo lepiej byście zrobili, gdybyście po prostu poszli do domu, ale mimo wszystko zostajecie, bo nie chcecie nikomu robić przykrości? Dla mnie Frykcje to właśnie taka niezbyt udana impreza.

Mówimy o: Philippe Dijjan, Frykcje, przeł. Jacek Giszczak, Sic!, 2007.

 

Zostaw komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.