Grubo ponad rok temu ruszył projekt Miasto Archipelag i okazało się, że nie chodzi tu tylko o to, by Filip Springer napisał sobie kolejny fajny reportaż, ale też o to (a nawet: zwłaszcza o to), by zaktywizować Polaków i zachęcić ich do tego, by oni sami troszkę tego reportażu stworzyli. I udało się! To właśnie dzięki ludziom, którzy się w ten projekt zaangażowali (świadomie lub przez przypadek) powstało coś wyjątkowego, książka, która pozwala przyjrzeć się byłym miastom wojewódzkim nie z perspektywy Pana Reportera, który przyjechał pocykać fotki i napisać, jak to Kowalskim źle się żyje, ale zobaczyć je naprawdę. Z góry, z dołu, z prawej i z lewej. Trochę też z ukosa.

filip-springer-miasto-archipelag1

To chyba pierwsze takie przedsięwzięcie w historii polskiego reportażu (poprawcie nas, jeśli się mylimy), w którym mogliśmy nieustannie podglądać autora przy pracy. Wiedzieliśmy, kiedy utknął w korku, kiedy rozprawiał o sensie życia ze spotkanym po drodze zbieraczem puszek, a kiedy fotografując Zamość, myślał, że jest w Wałbrzychu.

Tę interaktywność odnajdujemy również w samej książce, będącej zwieńczeniem całego projektu. Tutaj też u boku autora podróżujemy z jednej opowieści do drugiej. Nie ma standardowego podziału na rozdziały – pierwszy o Koninie, drugi o Płocku. Miasto Archipelag swoją strukturą przypomina pajęczą sieć – nici łączą jeden punkt z drugim, a potem z kolejnym, aż w końcu zaczynają się plątać i zdarza się, że nawet Springer, budząc się rano w pensjonacie, nie bardzo wie, w jakim mieście się znajduje.

Ten pozorny bałagan o wiele więcej mówi o miastach, które w 1999 roku straciły miano wojewódzkich, niż chronologiczne opowieści, którymi zwykle karmi nas się w szkołach. Choć każde z miejsc, które odwiedza Springer, ma swoją własną, niepowtarzalną historię, to ostatecznie wszystkie okazują się do siebie zaskakująco podobne. Do tego stopnia, że nawet my, które z żadnego z nich nie pochodzimy, rozpoznałyśmy obrazki typowe dla naszych miasteczek. Rozklekotane autobusy jeżdżące co trzy godziny (przy odrobinie szczęścia), wpółsenne niedzielne popołudnia, kiedy to nie ma co z sobą zrobić i dokąd pójść, marzenia o własnym McDonaldzie, gdzie można by się napić kawy, która z tej małomiasteczkowej nieprzytomności jakoś wyrwie. Spotkania towarzyskie na przystankach autobusowych i marzenia, by stąd uciec, podsycane przez wszystkich dokoła. Byle tu nie zostawać, byle tylko wyjechać.

img_4504

Springer dociera jednak i do takich, którzy albo zostali, albo wrócili – z Warszawy czy z Krakowa, gdzie pozornie mieli lepsze perspektywy. Do małych miast zawsze wraca się na tarczy. Choćby syn marnotrawny przybywał z uśmiechem na twarzy, mieszkańcy i tak wiedzą swoje: nie udało mu się w wielkim świecie. A tak naprawdę wyłaniający się z reportażu Springera obraz życia w mniejszym polskim mieście jest bardzo niejednoznaczny. Jednym powodzi się znakomicie, inni nie zrażają się przeciwnościami i dają z siebie wszystko, by uczynić otaczającą ich rzeczywistość bardziej kolorową i wykrzesać trochę energii z cierpiących na niedasizm. Jeszcze inni muszą zbierać złom, by kupić wnuczkowi loda. Ci ludzie rzeczywiście mówią do nas z kart książki – warto tu zauważyć, jak zmienia się styl w zależności od tego, komu Springer oddaje głos. Mówią ludzie, miejsca, mówi historia. Język jest tu bardzo zróżnicowany, co dodaje tekstowi autentyczności (znów ta interaktywność!).

Czytanie Miasta Archipelagu to ciekawa i pouczająca (tylko jeśli chcecie się czegoś nauczyć, bo moralizatorskiego tonu tutaj nie ma) podróż po Polsce mniejszych miast, takiej, która z Warszawą ma często niewiele wspólnego. Miast zbudowanych nie tylko z asfaltu i betonu, ale też z uczuć i wspomnień, w których wielu Polaków odnajdzie swoje własne.

 

Mówimy o: Filip Springer, Miasto Archipelag. Polska mniejszych miast, Karakter, Kraków 2016.

Zostaw komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.