Do polskich kin trafił niedawno nagrodzony Złotym Niedźwiedziem dokument Gianfranco Rosiego Fuocoammare. Ogień na morzu. Tak się składa, że Berlinale to jeden z festiwali, które są dla mnie tym, czym dla wielu jest rozdanie Oscarów – uważnie śledzę repertuar, z niecierpliwością wyczekuję pierwszych ochów i achów, odliczam dni do premiery. Tegorocznego zwycięzcy w kategorii „najlepszy film” nie mogłam doczekać się nie tylko z powodu reżyserskiego kunsztu, którym zachwycali się krytycy, ale również – tematyki.

Swój najnowszy film Rosi nakręcił na Lampedusie, maleńkiej, bo liczącej zaledwie sześć tysięcy mieszkańców włoskiej wysepce, która choć administracyjnie przynależy do Europy, to geograficznie stanowi część Afryki. W to niewątpliwie urokliwe miejsce nie zagnały reżysera ani zapierające dech w piersiach krajobrazy, ani ciekawe zwyczaje miejscowych. Lampedusa w zbiorowej świadomości istnieje dziś głównie jako symbol tak zwanego kryzysu uchodźczego. To tutaj zmierzają łodzie, którymi Afrykanie (i nie tylko) uciekają z terenów ogarniętych wojną i głodem.

Gianfranco Rosi szkicując portret Lampedusy, zderza ze sobą dwa światy: na zmianę serwuje kadry z codziennego życia jej mieszkańców oraz sceny z przyjmowania na wyspę uchodźców. Stosując tę technikę, tworzy obraz o niesamowitej sile rażenia. Oszczędny, nie epatujący przemocą, a mimo to wbijający w fotel.

img_4547

Dlaczego piszę o filmie Rosiego? Bo to właśnie Fucoammare sprawił, że w mojej głowie znowu pojawił się Wielki przypływ Jarosława Mikołajewskiego. Ta niewielka rozmiarem książeczka wydana w zeszłym roku przez Dowody na Istnienie wróciła do mnie ze zdwojoną siłą. Mając za sobą lekturę reportażu Mikołajewskiego, nie sposób nie odwoływać się do niego, oglądając dokument nagrodzony w tym roku w Berlinie. Te dzieła doskonale się uzupełniają, jedno pozwala lepiej odczytać drugie.

Tym, co łączy Fuocoammare i Wielki przypływ, jest przede wszystkim temat – bohaterką obu jest Lampedusa. Podczas gdy Rosi usuwa się za kamerę i rejestruje dziejące się wokół wydarzenia, nie ingerując w nie, Mikołajewski wchodzi w kontakt z Lampedusańczykami, rozmawia z nimi, staje się ich powiernikiem. Wzorując się na Kapuścińskim, rezygnuje z przepytywania, na spotkania nie przychodzi z gotowym kwestionariuszem, zamiast tego cierpliwie czeka, aż jego rozmówca poczuje się gotowy, by podzielić się z nim swoją historią. Wśród tych, którzy mają najwięcej do opowiedzenia, są miejscowy artysta, lekarz, ksiądz i pielęgniarka żółwi. Ich wyznania są tak wstrząsające, że trudno przejść obok nich obojętnie – niektóre fragmenty potrafię odtworzyć z pamięci, choć od chwili, kiedy przeczytałam tę książkę, minęło kilka miesięcy. Przed oczami mam zwłaszcza doktora Pietro Bartolo, który od dwudziestu pięciu lat robi wszystko, co w jego mocy, żeby ratować życie ludzi, którzy przybywają do Europy z nadzieją na ocalenie. Słowa, które padają z ust Bartolo we Fuocoammare są mocne, te, które wypowiada w reportażu Mikołajewskiego – ściskają za gardło i sprawiają, że ma się ochotę zalać łzami z bezsilności.

img_4575

Mikołajewski jest poetą, czego dowodzi również we Wielkim przypływie. To, co niewyrażalne prozą, próbuje oddać we wierszu, który umieszcza na końcu książki, jakby dając do zrozumienia, że i jego przerosło to, co zobaczył i co usłyszał na Lampedusie. Wielki przypływ jest świetnie napisany, nie jest jednak książką, po którą sięga się dla poetyckiego języka i pięknych metafor. Reportaż Mikołajewskiego ma wyrwać ze stagnacji, otworzyć oczy, dać świadectwo cierpienia, które jest udziałem tysięcy ludzi, którzy na prowizorycznych często łodziach próbują dostać się do ziemi obiecanej – Europy.

Na końcu umieszczam słowa lampedusańskiego proboszcza. Z nadzieją, że z takim przesłaniem zwrócą się kiedyś do wiernych również polscy księża:

„Mówię im również: jakie to szczęście, że uchodźcy są właśnie tutaj, że możemy ich widzieć, spotykać. Bo myślenie o kimś, kogo się nie zna, wystawia na pokusę potwornego grzechu. Grzechu rasizmu. Kiedy myślimy o przybyszach mających inny kolor skóry, inną religię i obyczaje, którzy do naszych problemów dorzucają własne, a przy tym wyrywają nas ze świętego spokoju, łatwo jest myśleć o nich z nieprzyjaźnią. A kiedy widzisz tonącą matkę z dzieckiem na rękach, nie masz w sobie miejsca na rasizm. Stajesz się nimi. Współczujesz, czyli czujesz tak samo jak oni. Ratujesz ich jak własną rodzinę.”

 

Mówimy o: Jarosław Mikołajewski, Wielki przypływ, Dowody na Istnienie, Warszawa 2015.

Zostaw komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.