Pierwszy raz usłyszałam o nim w trójkowej audycji “Z najwyższej półki”. Twardy, racjonalny Norweg, nowy Proust, człowiek, któremu nie brakowało odwagi i determinacji, by z chirurgiczną precyzją i zimnym dystansem opisać całe swoje życie.

Idea brutalnie szczerego, obnażającego wszystkie słabości i sekrety, bezwstydnego pisania zawsze bardzo mnie pociągała, a historie o tym, jak Knausgård narobił sobie wrogów, szczegółowo opisując zdarzenia z przeszłości tak, jak je zapamiętał, bez silenia się na uprzejmość i zastanawiania, co na to inni uczestnicy tych wydarzeń, zawróciły mi w głowie. Słuchając, jak opowiada o tym w radio, odniosłam też wrażenie, że nie pragnie zrobić sensacji w stylu fejsbukowych postów “Po tym, co zrobił, wszyscy znajomi zerwali z nim kontakt!!! [VIDEO]”. Zachwyciła mnie prostota, z jaką mówił o Mojej walce i konsekwencjach jej publikacji: potrzebował napisać o swoim życiu. Zrobił wszystko tak, jak chciał, opisał wszystko, co pamiętał. Ludzie się od niego odwrócili – mógł się tego spodziewać, nie ma żalu, ale też nie żałuje.

Wow. Myśl o tym, że ktoś przekuł swoją przeszłość w sztukę i zapłacił za to przyszłością poruszyła tę wstydliwie skrywaną, romantyczną stronę mojej osobowości i następnego dnia pobiegłam kupić pierwszy tom Mojej walki (wtedy to była gorąca nowość i jedyna przetłumaczona na polski część). Od razu zabrałam się do czytania i na początku szło nieźle, ale potem coś zaczęło zgrzytać i ugrzęzłam w połowie.

Tom pierwszy został podzielony na dwie części: w pierwszej autor opowiada o czasach swojej młodości, o trudach dorastania i niełatwych relacjach z ojcem, w drugiej tematem jest już wiek męski (wiek klęski – skoro przy romantyzmie jesteśmy). Historie o dorastaniu przyswoiłam szybko i bezboleśnie. Kojarzyły mi się nieco z twórczością Torego Renberga, zwłaszcza z powieścią Człowiek, który pokochał Yngvego. Może to zabrzmieć śmiesznie, ale opisy imprez i pierwszych zauroczeń, a nawet rodzinnych konfliktów nie zrobiły na mnie takiego wrażenia jak scena, gdy młody Karl Ove z przymusu je kanapki z sardynkami, których nie znosi, i popija je mlekiem, by zabić paskudny smak. Knausgård pisze tak sprawnie i przyjemnie, że czułam się częścią przedstawianych przez niego wydarzeń (a może nie tylko ja tak miałam i z tego właśnie wynika popularność Mojej walki?). Zachłysnęłam się tym wszystkim na początku i z góry założyłam, że dam radę przeprawić się bez większych postojów przez to opasłe, niebieskie tomiszcze.

Niestety, po pewnym czasie poczułam, że przytłacza mnie egocentryzm, na którym cała książka została zbudowana. Zaczęła mnie też nużyć ilość nieznaczących informacji, którymi autor z lubością bombarduje czytelnika, a także banalne obserwacje typu “moje dziecko nie jest dla mnie całym światem”, będące punktem wyjścia dla kolejnych równie banalnych rozważań. I rzeczywiście zauważyłam tu nieczułość i brak skrupułów, które początkowo zachęciły mnie do czytania. Ale czy maksymalne skupienie na sobie i ignorowanie otoczenia to naprawdę coś dobrego?

Na pewno nie powtórzę za krytykami, że to arcydzieło. Przyznaję jednak, że trzeba mieć tupet, by założyć, że ludzie będą chcieli czytać tysiące stron o naszych śniadankach, spacerach po parku i zdrożnych myślach, które chodzą nam po głowie, gdy podoba nam się ktoś obcy. Założyć tak i do tego jeszcze mieć rację!

Myślę sobie, że ta książka to jakieś wielkie, nadmuchane, ekshibicjonistyczne literackie selfie i gdyby Karl Ove Knausgård urodził się w późnych latach 90., prawdopodobnie zamiast pisać założyłby po prostu konto na insta (#norwegianboy #nofilter #follow4follow). W pewnym momencie trzeba przestać przewijać instagrama i wrócić do prawdziwego życia, dlatego odetchnęłam z ulgą, gdy przygoda z norweskim Proustem się skończyła.

Jak dla mnie, to Moja walka i W poszukiwaniu straconego czasu są do siebie podobne chyba tylko pod względem liczby stron. Po wszystkim zostały mi tylko sardynki i mleko. I ani okruszka magdalenki.

 

Mówimy o: Karl Ove Knausgård, Moja walka, przeł. Iwona Zimnicka, Wydawnictwo Literackie, Kraków 2014.

 

Zostaw komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.