Nie przesadzę, jeśli powiem, że połowę dzieciństwa spędziłam w Hogwarcie, Hogsmeade i (rzadziej) na Privet Drive. Podobnie jak wielu osób tego pokolenia, tak i moja młodość była zsynchronizowana z młodością Harry’ego Pottera: razem marzyliśmy, przeżywaliśmy przygody i trudy dorastania. On miał tę przewagę, że latał na miotle i rzucał zaklęcia, mnie za to nikt nigdy nie zamykał w komórce pod schodami.  Wstyd przyznać, ale każdą z części losów młodego czarodzieja czytałam więcej niż raz (pierwszą co najmniej piętnaście razy) i nie wykluczam, że kiedyś jeszcze do nich wrócę.

Ze wzruszeniem wspominam skreślanie w kalendarzu dni pozostałych do premiery nowego tomu i zarwane tuż po każdej premierze noce. A gdy nie udało mi się szybko kupić siódmej części, ubłagałam koleżankę, by mi ją pożyczyła na 24 godziny, nie poszłam do szkoły i spędziłam dzień niszcząc horkruksy u boku Chłopca, Który Przeżył. Taka właśnie była magia Harry’ego Pottera – chodziliśmy na wagary, żeby czytać książkę.

Polskie wydanie miało dodatkową supermoc: genialny przekład Andrzeja Polkowskiego i niesamowity słowniczek tłumacza znajdujący się na końcu każdego tomu. Znam ludzi, którzy właśnie od słowniczka zaczynali lekturę, ja zawsze zostawiałam go sobie na koniec. Historie tłumaczeniowych zmagań były dla mnie równie ekscytujące jak przygody opisywane przez Rowling, a zawód tłumacza pociągał mnie nawet bardziej niż kariera czarodziejki (na co i tak nie byłoby szans, bo okazałam się zwykłą mugolką).

niespodziegadki_jkrowling_harrypotteriprzekletedziecko

Mimo że całe dzieciństwo uwielbiałam Harry’ego i nadal mam do niego spory sentyment, niezbyt entuzjastycznie zareagowałam na wieść o ósmym tomie. Obawiałam się efektu odgrzewanego kotleta i nie byłam pewna, czy mam ochotę na takie spotkanie po latach. Pewnego dnia jednak zobaczyłam, jak koleżanka kupuje tę książkę w przedsprzedaży i włączył mi się tryb „jak ty masz, to ja też chcę”. Do tego stopnia, że zamówiłam egzemplarz dzień po premierze w Wielkiej Brytanii. Na przesyłkę niestety musiałam trochę poczekać (na brodę Merlina, mugolska poczta jest okropna, sową byłoby znacznie szybciej!), ale w końcu dotarła i od razu zabrałam się do czytania.

Historia rozpoczyna się dokładnie w momencie, w którym się skończyła: dorosły Harry odprowadza dzieci na King’s Cross, skąd pociąg relacji Londyn-Hogwart zabierze je do  szkoły Magii i Czarodziejstwa. Młodszy Potter, Albus Severus (poziom patosu, jaki osiągnęli rodzice, wybierając mu imiona, lekko mnie przytłacza) martwi się, że trafi do Slytherinu. Co gorsza, w przedziale poznaje Scorpiusa, syna Dracona Malfoya i, mając gdzieś niechęć rodziny,  zostaje jego najlepszym przyjacielem.  Wkrótce okazuje się, że Harry’ego znów zaczyna boleć blizna, co zawsze było jasnym sygnałem, że Voldemort coś kombinuje. Albus i Scorpius pakują się w tarapaty, kłócą z ojcami, ich ojcowie kłócą się z sobą, ktoś manipuluje czasem i pojawiają się podejrzenia, że Voldemort nie umarł bezpotomnie. Niezły kwas.

niespodziegadki_jkrowling_harrypotteriprzekletedziecko3

Styl Rowling jest wyczuwalny w sposobie prowadzenia historii, w przyspieszających puls zwrotach akcji, pięknych obrazach przyjaźni i charakterystycznym poczuciu humoru. Niestety, nie ma tego dużo. Nie będę narzekać, że brakuje mi opisów, bo nie miałam prawa ich oczekiwać, wiedząc, że książka ma formę scenariusza. Jednak muszę się poskarżyć, że wszystko zostało mocno spłycone. Brak tu charakterystycznych dla Rowling małych podpowiedzi, które pojawiały się co jakiś czas i naprowadzały nas na rozwiązanie zagadki. Charakter i inteligencja bohaterów zostały zredukowane– Harry jest sztywnym nudziarzem, Hermiona już tak nie błyszczy, a żarty Rona zeszły do poziomu podpitego wujka na weselu. Albus natomiast jest dość chimerycznym i marudnym chłopcem. Całą sytuację ratuje postać Scorpiusa, urocza i zabawna w sposób przywodzący na myśl stare, dobre czasy w Hogwarcie, zanim troje głównych bohaterów dorosło i pozbyło się osobowości. Wszystkie sceny z jego udziałem czytałam uśmiechnięta od ucha do ucha.

Mimo że forma scenariusza pozbawiła opowieść wielu ważnych elementów, które sprawiały, że zakochaliśmy się w serii o Potterze, nie sądzę, by czas poświęcony na przeczytanie tej książki był stracony. Przede wszystkim nie nazwałabym jej ósmą częścią, a raczej bonusem dla miłośników tematu. I jako taki bonus ją traktując, przyznaję, że dla mnie to doświadczenie było jak spotkanie z dawnymi przyjaciółmi, z którymi, jak mogłoby się zdawać, nie łączy nas już zbyt wiele poza wspomnieniami. A jednak okazuje się, że spędzany razem czas nadal ma w sobie coś magicznego.

Dobrze było przeprawić się przez tunel prowadzący do Hogwartu, nawet jeśli zarósł trochę pajęczyną. Doczołgać się na miejsce, otrzepać ubranie z kurzu i z ulgą odkryć odkryć, że najważniejsze przesłanie wciąż jest tam, gdzie je zostawiliśmy: przyjaźń zwycięża wszystko. I jest warta każdej ceny.

Mówimy o: J. K. Rowling, Harry Potter i Przeklęte Dziecko. Część 1-2, Media Rodzina 2016.

Zostaw komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.