„Wyjeżdżasz do Norwegii? Nie zabieraj ze sobą dzieci!” – ostrzegają się Polacy na forach internetowych. „Norwegia pod byle pretekstem odbiera dzieci polskim rodzicom!” – krzyczą nagłówki na pierwszych stronach gazet. „Krzysztof Rutkowski wyrwał Nikolę norweskim oprawcom” – obwieszczają radosną nowinę dziennikarze, kiedy w 2011 roku detektyw pod osłoną nocy uprowadza z domu rodziców zastępczych dziewięcioletnią Polkę. „Naziści”, „złodzieje”, „Hitlerjugend” – komentują internauci, liczba wyzwisk rośnie lawinowo.

Hej, chwila, stop! Czy na pewno chodzi o Norwegię? Najbardziej rozwinięty kraj świata, jeśli wierzyć rankingom ONZ-etu? Państwo, do którego najchętniej natychmiast bym wyemigrowała, gdyby nie fakt, że kiedy temperatura spada poniżej 10ºC, mam tylko (albo aż) jedno marzenie: zamienić się w Muminka, napełnić żołądek świerkowym igliwiem i zapaść w zimowy sen („Bardzo to rozsądnie ze strony każdego, kto nie lubi zimna i zimowych ciemności” – skwitowałaby Tove Jansson)? Jak to możliwe, że system uznawany za wzór demokracji (pierwsze miejsce w Global Democracy Ranking) przez Polaków oskarżany jest o tyranię i bezwzględność? Czy to prawda, że norwescy urzędnicy urządzają sobie „polowania” na polskie dzieci?

W mediach mnożą się teorie spiskowe. A to oziębli Skandynawowie dążą do zbudowania społeczeństwa złożonego z pozbawionych uczuć ludzi-robotów, więc każdy kontakt fizyczny z nieletnim kwalifikują jako molestowanie. A to niebieskoocy potomkowie polskich imigrantów są cennym łupem dla norweskich rodzin zastępczych lubujących się w kolekcjonowaniu dzieci.  Są i tacy, którzy twierdzą, że Norwegowie z mlekiem matki wysysają nienawiść do Polaków i świadomie dążą do ich unicestwienia (a że wroga najłatwiej wykończyć, trafiając w jego czuły punkt – to wiadomo nie od dziś).

Zdrowy rozsądek podpowiada: ktoś tu ma nierówno pod sufitem. Coś jednak musi być na rzeczy, skoro to Norwegowie, a nie Niemcy czy Brytyjczycy, oskarżani są o bezpodstawne ingerowanie w życie polskich rodzin i celowe okradanie ich z tożsamości. Widząc zapowiedź książki Macieja Czarneckiego Dzieci Norwegii. O państwie (nad)opiekuńczym, wzdycham z ulgą – wreszcie tej sprawie przyjrzy się jakieś wprawione reporterskie oko.

maciejczarnecki_dziecinorwegii2

Czytam kilka pierwszych rozdziałów i myślę sobie: do diaska, w co ten Czarnecki się wpakował! Z jednej strony rodzice, którzy zapewniają o bezgranicznej miłości do dziecka i przysięgają, że ich pociesze nigdy włos z głowy nie spadł, z drugiej – przekonani o konieczności interwencji pracownicy budzącego grozę Barnevernet, czyli urzędu zajmującego się ochroną praw dziecka. Między nimi reporter, który nie chce pochopnie oceniać ani zbyt szybko wyciągać wniosków, lecz jednocześnie bardzo pragnie zrozumieć. Kto ma rację? Rodzice? Urzędnicy? A może prawda leży gdzieś po środku? Odpowiedzi na to pytanie Maciej Czarnecki szuka, rozmawiając z matkami, ojcami, pracownikami społecznymi i rodzinami zastępczymi. Analizując dokumenty i jeżdżąc na demonstracje. Niektóre tezy udaje mu się obalić natychmiast, inne są przyczyną wielu wątpliwości.

Choć sprawa budzi emocje, a pisanie o niej kusi, by dać upust złości, autor Dzieci Norwegii nie daje się ponieść nastrojom i nie wybucha. Każdą historię traktuje z osobna, uważnie wsłuchując się w to, co mają mu do powiedzenia jego rozmówcy. O losach rozdzielonych rodzin pisze tak, by zmusić czytelnika do współodczuwania, do wejścia w skórę tego, kto mówi. Raz jesteśmy więc rodzicem, który po powrocie z pracy nie zastaje w domu syna czy córki, kiedy indziej – urzędnikiem, któremu dziecko zwierzyło się, że jest maltretowane.

Mało jest tutaj sytuacji czarno-białych, przeważa szarość we wszystkich swoich odcieniach. Okazuje się, że istota problemu, którego zbadania podjął się Czarnecki, leży dużo głębiej, niż się na początku wydawało, a na pytanie „Czy pracownicy społeczni postąpili słusznie?” najczęściej nie ma jednej odpowiedzi.

maciejczarnecki_dziecinorwegii3

Tę książkę każdy odczyta inaczej. Jedni stwierdzą, że to opowieść o porażce państwa opiekuńczego. Inni staną w obronie norweskiego systemu, choć w działaniu urzędników dostrzegą pewne nieprawidłowości. Jeszcze inni poczują się przytłoczeni ilością pytań, których nie sposób nie zadać sobie, czytając Dzieci Norwegii: czy dziecko do kogoś „należy”? kto powinien decydować o tym, jakie są właściwe metody wychowawcze? czyje szczęście jest ważniejsze – dziecka czy rodzica? lepiej reagować prewencyjnie czy poczekać, aż nie będzie wątpliwości, że dziecku dzieje się krzywda? czym w ogóle jest owa „krzywda” – czy to już klaps albo przymuszanie do praktyk religijnych, czy dopiero maltretowanie? i co to znaczy „dobry rodzic” – czy ojciec, który za często zagląda do kieliszka i regularnie wsiada za kierownicę po alkoholu, ale nie bije dzieci, zasłużył sobie na to, żeby pozbawić go praw rodzicielskich?

Dzieci Norwegii Macieja Czarneckiego to coś znacznie więcej niż reportaż o Barnevernet, to zapis zderzenia polskiej i norweskiej mentalności. Słowiańskiej wybuchowości i skandynawskiego opanowania. Romantycznej gorączki i racjonalnego spojrzenia na świat. Relacja ze spotkania pełnego zgrzytów, nieporozumień, osobistych tragedii. Wciągająca i bardzo sprawnie napisana książka, którą stanowczo warto przeczytać.

 

Mówimy o: Maciej Czarnecki, Dzieci Norwegii. O państwie (nad)opiekuńczym, Czarne, Wołowiec 2016.

Zostaw komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.