Gdy dowiedziałam się, że John Maxwell Coetzee korespondował z Paulem Austerem i treść ich listów jest dostępna dla zwykłych śmiertelników, nie mogłam się doczekać, aż dostanę tę książkę w swoje ręce. Wydawało mi się to dość nietypowe, że listy dwóch cenionych pisarzy zostają opublikowane za życia ich obu, ale na jakiś czas zignorowałam tę myśl i postanowiłam cieszyć się tym, że będę miała szansę poznać swojego  ulubionego autora od innej, bardziej prywatnej strony. Na początku bardzo mi zależało, by przeczytać Tu i teraz w oryginale, ale jakoś nie było okazji, więc książka pozostała na mojej liście „Kup-to-koniecznie”, a życie toczyło się dalej. I potoczyło się tak, że spotkałam Paula Austera.

Auster pisze naprawdę dobrze. Jego powieści są ekstremalnie nowojorskie, wydają mi się wręcz oblepione żółtymi taksówkami, bajglami i Statuą Wolności. Cenię go, choć nie szaleję za  nim i obawiam się, że dałam temu dowód, poruszając z nim wyłącznie tematy związane z Coetzee’em.  Pamiętam to, jakby wydarzyło się wczoraj: siedzimy przy jednym stoliku, na niewygodnych, rozkładanych krzesłach. Ręce mi się trochę trzęsą, gdy pytam, czy mogę go o coś spytać (co za szczęście, że nie odpowiedział: „Właśnie to zrobiłaś”!).

–  Jasne, dawaj – obdarza mnie znudzonym spojrzeniem, które normalnie sprawiłoby, że zerwałabym się na równe nogi i grzecznie wyszła, by nie działać mu na nerwy. Ale tego dnia jestem zdeterminowana, by wyciągnąć od niego coś na temat mojego ulubionego pisarza. Biorę głęboki wdech i wyrzucam to z siebie:  Skąd pomysł, by opublikować listy? Czy nie czuliście, że trochę za dużo odsłonicie?

Paul Auster wzdycha, kręci głową i uśmiecha się do mnie nieco pobłażliwie, ale wciąż życzliwie. A potem mówi:

– Nie, to wszystko było robione na zamówienie. Wydawnictwo nam to zaproponowało, John skontaktował się ze mną i uznaliśmy, że zaczniemy pisać.

Okazuje się, że wcześniej nawet nie znali się zbyt dobrze. Czytali tylko swoje książki. Auster roześmiał się, gdy zobaczył moją minę. A gdy jakiś czas później mijał mnie na korytarzu, pomachał mi przyjaźnie (to było super!).

Odkąd się o tym dowiedziałam, poczułam, że muszę przeczytać te listy jak najszybciej. Nie czekałam już na okazję, by dorwać Here and now, byłam gotowa zadowolić się Tu i teraz.

Niby nie jest źle. Panowie poruszają rozmaite tematy, od sportu, przez literaturę i wegetarianizm, po pedofilię. Okazało się, że mój pisarz numer jeden nie spędza całych dni na kontemplacji świata  i olśniewaniu innych swoim intelektem – bywa też, że  siedzi na kanapie w pokoju z zasłoniętymi oknami i ogląda krykieta w telewizji. To niby oczywiste, ale dla mnie było sporym zaskoczeniem. Dowiedziałam się też, że czyta listy od fanów, a czasem nawet na nie odpisuje (panie kochany, strzeż się pan!).

Mimo to słyszę w tym wszystkim jakąś fałszywą nutę. Mam wrażenie, że do wymiany listów dochodzi wyłącznie dlatego, że gdzieś kiedyś została podpisana jakaś umowa. I o ile Auster daje się czasem ponieść  i żartuje, a nawet nazywa rozmówcę „kochanym staruszkiem”, o tyle Coetzee trzyma lodowaty, uprzejmy dystans i nigdy nie wychodzi poza standardowe „Drogi Paulu”. Wymieniają serdeczności, co rusz przesyłając uszanowanko dla żony lub wyrażając nadzieję, że adresat przyjemnie spędził urlop, a wszystkiemu towarzyszy uczucie skrępowania, podobne do tego, które można czuć, siedząc w saloniku Elżbiety II i sącząc herbatę z zabytkowej filiżanki. Tym listom brak życia, brak pasji i poczucia, że ktoś naprawdę chce tu coś komuś powiedzieć. Chce, a nie ma obowiązek.  I wydaje mi się, że nawet gdybym nie miała okazji wcześniej rozmawiać z Austerem, odebrałabym je tak samo. To się po prostu czuje. A może powinnam napisać: tego się tutaj nie czuje.

W liście z 15 grudnia 2009 roku John Maxwell Coetzee pisze: „Moim zdaniem, prawdziwa rozmowa jest możliwa tylko wówczas, gdy pomiędzy rozmówcami pojawi się jakaś iskra”. Przykro mi, ale ja w całym Tu i teraz nie zauważyłam ani jednej, najmniejszej nawet iskierki.

 

Mówimy o: Paul Auster, John Maxwell Coetzee, Tu i teraz. Listy 2008-2011, przeł. Katarzyna Janusik, Znak, Kraków 2014.

Komentarze (2) + Dodaj komentarz

  1. Osinski napisał(a):

    Kurcze, tak mnie jakoś dziwnie korci ta książka okładką, ale skoro nie ma iskry… w takim razie może kiedyś, przy okazji… Ale nie na teraz już, bo jest wiele takich które już teraz must – read. Pozdrawiam ‚)

Zostaw komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.