„Coetzee jest mi do życia koniecznie potrzebny” – napisała kiedyś Małgorzata Szczurek. Jest to zdanie, pod którym nie tylko jestem skłonna podpisać się wszystkimi kończynami, ale wręcz z radością wytatuowałabym je sobie na czole. Dopóki nie zaczęłam czytać Coetzee’ego, nie rozumiałam tych wszystkich szalonych fanek, które mdleją na koncertach, bo na scenę wkroczył ich ulubiony zespół. Teraz wiem dobrze, co czują. Gdyby na mojej drodze stanął autor Hańby we własnej osobie, prawdopodobnie padłabym bez czucia na ziemię (a wcześniej wydałabym z siebie dziki, pierwotny okrzyk).

Dlatego właśnie wykorzystuję całą siłę woli, by nie przeczytać wszystkich jego książek. Panicznie się boję, że pewnego dnia Coetzee mi się skończy. Co zrobię wtedy ze swoim życiem? Dokąd pójdę? Z drugiej strony nie mogę go nie czytać, więc dozuję go sobie w małych dawkach, jak narkoman, który próbuje wyjść z uzależnienia.  Za każdym razem, gdy mam do czynienia z jego twórczością, czuję, że doświadczam czegoś nadnaturalnego. Lektura Elizabeth Costello również dostarczyła mi podobnych wrażeń.

Długo zastanawiałam się, jak dobrze opisać Elizabeth Costello. Co to właściwie jest? Eseje? Tak, choć nie tylko. Opowiadania? Może trochę. Powieść? Tak, ale… nazwanie tej książki po prostu powieścią wydaje mi się grubym niedopowiedzeniem. Ta książka to jeden wielki festiwal literacki.  Każdy rozdział opisuje sceny z życia tytułowej bohaterki – nagradzanej i słynnej australijskiej autorki.

Costello, jak to się pisarzom zdarza, nie żyje wyłącznie ze swojej twórczości. Jeździ też po świecie, by wygłaszać wykłady na różne tematy i uczestniczyć w spotkaniach autorskich. Coetzee pokazuje nam ją głównie „w akcji”: słyszymy, jak wygłasza opinie nie tylko o literaturze czy filozofii, ale też okrucieństwie wobec zwierząt. Wiem, że to pewnie nie brzmi zbyt porywająco  – książka z wykładami, kto chciałby to czytać? Ale to nie tak. To JEST porywające. Costello prezentuje dość niecodzienne poglądy i jestem przekonana, że choć wydaje nam się, że żyjemy w świecie, w którym już wszystko zostało powiedziane i odkryte, ta kobieta może nieźle namieszać nam w głowach. Pobudzić nas do myślenia, aż iskry zaczną nam strzelać z uszu (mnie strzelały!).

coetzee_elisabethcostello2

Autor pozwala nam również towarzyszyć Elizabeth podczas ekskluzywnych kolacyjek z szychami literackiego świata i tych mniej wystawnych, lecz równie ważnych  – w gronie rodziny. Bohaterka, która w świecie literatury odnosi sukcesy, w życiu codziennym nie radzi sobie już tak dobrze. Jednak towarzyskie porażki Costello nie mają w sobie nic zabawnego. W niezręcznościach słownych i braku porozumienia z ludźmi czuć bardzo silne napięcie i posmak goryczy. A także przytłaczającą samotność, wynikającą z podskórnego poczucia, że być może nie ma świata, do którego Elizabeth naprawdę pasuje. Wszystkie wrażenia potęguje maestria, z jaką Coeztee maluje przed nami te sceny. Pozwala nam rzeczywiście zasiadać przy tym samym stole co bohaterowie, pić to samo wino i uczestniczyć w rozmowie (spryciarz, przewidział, że i tak nie wykrztusimy ani słowa!).

Na czwartej stronie okładki wydawca sugeruje, że Elizabeth Costello może być alter ego autora, za pomocą którego wygłasza on swoje bardziej kontrowersyjne poglądy. Ale ja myślę, że nie warto iść w tę stronę. To pułapka! Coeztee nie da się rozszyfrować tak łatwo i bez wątpienia prowadzi z nami wyrafinowaną grę na każdej stronie swojej książki-festiwalu. Zdaje się mówić: „nigdy się nie dowiesz, czy naprawdę tak uważam, czy tylko cię podpuszczam”. Niemal widzę, jak przebiegle się uśmiecha. „Rozgryź mnie”  – namawia, bo wie, że poniosę porażkę. Zresztą, znając tytułową bohaterkę z innych powieści, zaryzykuję stwierdzenie, że to raczej złośliwy chochlik, który przychodzi do naszego Noblisty wieczorami i dręczy go dla zabawy.

Nie będę próbowała poddawać Coetzee’ego psychoanalizie, to byłoby z mojej strony po prostu niemądre. Pozostanę przy odczuwaniu tej wielkiej przyjemności, jaką sprawia mi czytanie jego tekstów.

 

Mówimy o: John Maxwell Coetzee, Elizabeth Costello, przeł. Zbigniew Batko, Znak, Kraków 2006.

Komentarze (2) + Dodaj komentarz

  1. Aleksandra napisał(a):

    Teraz jest mi strasznie wstyd, bo nigdy nic tego pisarza nie przeczytałam. Nawet mam w domu „Dzieciństwo Jezusa”, kupiłam kiedyś w antykwariacie i o niej zapomniałam. Cóż, poza wstydzeniem się nie mam zbyt wiele do powiedzenia, ciekawa recenzja, jak zawsze 🙂 Fajnie piszecie dziewczyny, przez Was „Wróżba” już do mnie galopuje pocztą. A pana Coetzee obiecuję (sama sobie) odkryć jednak.

    A.

    • Niespodziegadki napisał(a):

      Mamy nadzieję, że i Ciebie Coetzee opęta, a jeśli nie – że chociaż zauroczy!
      Skaczemy z radości za każdym razem, kiedy ktoś mówi, że za naszą sprawą sięgnął po „Wróżbę”, a wiadomość od Ciebie cieszy nas podwójnie, bo podejrzewamy (mamy nadzieję, że słusznie?), że będziemy mogły przeczytać o Twoich wrażeniach z lektury 🙂

      PS. Zazdrościmy, że „Wróżba” dopiero przed Tobą!

Zostaw komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.