Pamiętam dokładnie moje pierwsze spotkanie z profesorem Miodkiem. Stojąc przed gabinetem, trzęsłam się ze strachu. Bo jak powiem coś źle, zaliczę językową wtopę, za którą będę się wstydzić przez następne 20 lat? Zamiast mianownika użyję dopełniacza albo wybiorę niewłaściwy przyimek? Wymsknie mi się jakieś „super” czy „ekstra”, nieprawidłowo coś zaakcentuję albo przesadzę z ilością wtrętów z francuskiego (ze mną jak z tym psem Pawłowa – kiedy trzeba przytaknąć, ja, romanistka, od razu mówię ça va)? W mojej głowie pisały się najczarniejsze scenariusze.

Bralczyk, Markowski, Miodek – przecież to ci trzej panowie, którzy o języku polskim wiedzą wszystko. Cierpliwie i z humorem (każdy charakterystycznym dla siebie), w programach telewizyjnych, radiowych audycjach i na łamach gazet, tłumaczą nam gramatyczne zawiłości, wykładają reguły, przypominają o wyjątkach. Uwielbiamy ich i gotowi jesteśmy słuchać i czytać bez końca, ale kiedy dręczą nas językowe dylematy, oczyma wyobraźni widzimy, jak grożą nam palcem albo patrzą na nas z politowaniem (przyznajcie, też tak macie!). Jeśli któryś z nich powie, że tak się mówi albo – wręcz przeciwnie – tak powiedzieć nie wolno, to basta, nikt się nie sprzeciwi, nawet sam język polski. Czy na pewno?

Trzy po 33 to kolejna, po Wszystko zależy od przyimka, książka, w której profesorowie występują w komplecie. Pięknie wydana, kolorowa, aż woła: weź mnie do ręki. Tym razem nie wywiad-rzeka, a zbiór felietonów. Temat? Modne słowa i zwroty. Hejt, fashionistki, cykanie słitfoci i te sprawy. To w teorii. W praktyce: samo życie. Bo jak mówić o języku, nie zerkając ukradkiem do szaf i lodówek, nie podpytując o marzenia, nie wspominając o bolączkach? Nie da się, proszę Państwa! Portretując polszczyznę, Bralczyk, Markowski i Miodek tworzą przy okazji barwny opis współczesności. Lepszy niż niejeden reportaż.

trzypo333

Językoznawcy serwują nam w Trzy po 33 kilka przyjemnych opowieści z serii „dawno temu” (przynajmniej dla mojego pokolenia, które nie zna świata bez chipsów i ketchupu), ale i świeże, chrupiące, o tym, co się właśnie, tu i teraz, w języku polskim dzieje. Jest o skrzydlatych słowach na miarę XXI wieku (sorry, taki mamy klimat), korpomowie (uff, może wreszcie zrozumiem, co mówią do mnie niektórzy znajomi), zapożyczeniach (nie tylko z angielskiego) i słowotwórstwie (a to, jak się przekonacie, ma się świetnie!). Można pochłonąć wszystkie felietony od razu, można je sobie dawkować w mniejszej ilości. Doskonale zastępują czekoladę, bo nie sposób się nie uśmiechnąć, czytając o atakujących zewsząd projektach, propozycjach, hybrydach, aplikacjach i agendach. Choć profesorowie troszkę się podśmiewają z tej naszej motywacji do bycia zmotywowanymi i innych językowych stworków, to mnóstwo w tym czułości i ani grama pogardy.

Żadnego tu grożenia palcem, kreślenia czerwonym długopisem, wstawiania jedynek. Jeżeli wyobrażaliście sobie, że profesorowie Bralczyk, Markowski i Miodek spotykają się w jakiejś sekretnej komnacie, ustalają, że tak będzie poprawnie, a tak już nie, otwierają edytor tekstu i spisują nowe zasady, a następnie publikują słowniki i wygłaszają wykłady, możecie być nieco zaskoczeni. Okazuje się, że na polszczyznę nie ma mocnych i jeśli język ma ochotę pofikać, nie okiełznają go nawet językoznawcy. Może sobie Jan Miodek dostawać gęsiej skórki na dźwięk słowa zajebisty, a i tak będzie je słyszał w tramwajach i na ulicy. Może Andrzej Markowski myśleć, że uchwycił znaczenie obczajać, a tu ciach, jednak coś mu umknęło. I co z tego, że Jerzy Bralczyk ma konika, jak inni mają pasję?

Język to nie skamielina czy muzealny eksponat, którym można się jedynie bacznie przyglądać, ale też nie produkt z językoznawczego laboratorium. To taka Pippi Pończoszanka (o niej wkrótce!), która chwili nie usiedzi w  jednym miejscu, nosi dwie różne skarpety, lubi robić miny i w nosie ma mądre porady dorosłych. Czasami przeżywa fascynacje dalekimi lądami i urządza sobie zabawę w naśladowanie obcych akcentów, innym razem tęsknie spogląda na rodzinne pamiątki i przypomina sobie o słowach, które wyleciały jej z głowy, a przecież sama je wymyśliła. O tym właśnie jest Trzy po 33. To opowieść o polszczyźnie zadziornej, charaktrnej, uwielbiającej przymierzać nowe stroje (nieraz ekstrawaganckie). I nawet jeśli profesorom zdarza się narzekać na jej wybryki, to żyć bez niej nie mogą i tę jej niesforność kochają. A ja kocham czytać o tej ich miłości!

 

Mówimy o: Jerzy Bralczyk, Andrzej Markowski, Jan Miodek, Trzy po 33, Agora, Warszawa 2016.

Zostaw komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.