Dotarły do nas wieści, że niektórzy chcieliby dowiedzieć się co nieco o Niespodziegadkach. Same nie miałybyśmy odwagi zaproponować Wam takiego wpisu, jednak Wasze życzenie jest dla nas rozkazem!  Zamiast nudnej biografii – 10 niespociekawostek dla dociekliwych:

1. Douce France

100% Niespodziegadek to romanistki. Trochę z zamiłowania, a trochę z przypadku. Choć samych studiów nie wspominamy szczególnie dobrze, to zawsze pocieszamy się myślą, że gdyby nie to, nigdy byśmy się nie spotkały. Co ciekawe, przez pierwsze trzy lata nie zamieniłyśmy z sobą ani jednego zdania, choć zdarzało nam się siedzieć ramię w ramię z nosami w książkach (oczywiście takich czytanych dla przyjemności, bo na podręczniki nigdy jakoś nie miałyśmy miejsca w torbach). Kolejna ciekawostka: nie przepadałyśmy za zajęciami z literatury!

2. Zapoznał nas z sobą noblista

Serio! Gdyby nie John Maxwell Coetzee, może do dziś nie wiedziałybyśmy o swoim istnieniu. Oto, jak wyglądało nasze spotkanie: pewnego dnia, gdy H. siedziała sobie wciśnięta w kąt z Dzieciństwem Jezusa Coetzee’ego na kolanach, na horyzoncie pojawiła się M. i, jak na prawdziwą miłośniczkę literatury przystało, spytała: „Co czytasz?”. H. pokazała okładkę i zaczęła gorączkowo tłumaczyć, że nie jest to książka o religii, na co M. powiedziała, że wie, bo zna tego autora. W tym momencie rozbrzmiały fanfary, posypało się konfetti i jeden mól książkowy zrozumiał, że trafił na drugiego przedstawiciela swojego gatunku.

3. Snobizm to nasze drugie imię

Kiedy już trafił swój na swego (a raczej swoja na swoją) i okazało się, że obie wiemy, kto napisał Dzieciństwo Jezusa (i że nie są to opowieści biblijne dla dzieci), całymi dniami prowadziłyśmy rozmowy na temat literatury. Wymieniałyśmy się nazwiskami ulubionych autorów, pożyczałyśmy sobie książki, ekscytowałyśmy się nowościami i czekałyśmy na premiery. Obie po raz pierwszy czułyśmy, że ta druga w stu procentach podziela totalnego hopla na punkcie czytania! Nasze wariactwo nie umknęło innym, więc szybko dorobiłyśmy się tytułu szalonych fanek Coeztee’ego i Jelinek. Któregoś dnia koleżanka ze studiów, mrugając porozumiewawczo, położyła nam na ławkę artykuł, który można streścić tak: nie da się czytać Elfriede Jelinek dla przyjemności, więc jeśli ktoś mówi ci, że ją uwielbia, jest snobem i próbuje się lansować. Ale my naprawdę…

4. Z branżą wydawniczą związane jesteśmy od ponad 20 lat

Tajemnice kryjące się w literach fascynowały nas tak bardzo, że sztukę czytania opanowałyśmy na długo przed pójściem do szkoły (a jedna z nas po raz pierwszy założyła tornister jako 6-latka!). W przedszkolu pracowałyśmy na etacie lektorek, a po godzinach prowadziłyśmy własne wydawnictwa. Byłyśmy jednocześnie autorkami, redaktorkami prowadzącymi i ilustratorkami. Zajmowałyśmy się składem i dystrybucją. Dzięki nam na nieoficjalnym rynku wydawniczym w latach 90. pojawiły się tytuły takie jak Pani ptak i lustro czy Poemat dla babci. Kiedy nasze mamy pytały nas, czym chciałybyśmy się zajmować, kiedy będziemy dorosłe, bez wahania odpowiadałyśmy, że będziemy robić w książkach! Nie mogłyśmy się tylko zdecydować, czy lepiej pisać, tłumaczyć czy może poprawiać. Blogi jeszcze wtedy nie istniały!

5. Jesteśmy biologicznym fenomenem

To prawdopodobnie jedyny taki przypadek w historii świata: mamy jeden mózg. Myślimy i mówimy to samo w tym samym momencie. Dokańczamy za siebie zdania. Wpadamy na identyczne pomysły. W restauracjach zamawiamy to samo jedzenie. Jako dwie niezależne półkule doskonale się uzupełniamy i jeśli jedna ma z czymś trudności, druga radzi sobie z tym bez problemu. Niestety, takie jednomózgowie ma również swoje wady: potrafimy na przykład nieświadomie kupować identyczne ubrania. A potem, ku naszej rozpaczy, włożyć je tego samego dnia, iść razem ulicą i wyglądać, jakbyśmy coś sprzedawały…

 

10faktowonas2

 

 

6. Redaktorze, you’re my superhero!

Podczas gdy nasze rówieśniczki wyklejały ściany swoich pokojów plakatami ze Spice girls albo Britney Spears, my jak w obrazek wpatrzone byłyśmy w karty redakcyjne. Autor, tłumaczka, korektor – te słowa sprawiały, że szybciej biły nam serca. To byli nasi supermeni i nasze superbohaterki! Na pamięć znałyśmy nazwiska wszystkich osób, które przyczyniły się do publikacji naszych ukochanych książek, wyobrażałyśmy sobie, jak barwne prowadzą życie (czytaj: ile godzin dziennie spędzają w bibliotece), jak są oczytane i jak świetnie wyposażone mają regały z książkami. Przed żadnym koncertem nie byłyśmy podekscytowane tak bardzo jak przed spotkaniem z redaktorką, której nazwisko widniało na najdroższych nam powieściach.

7. Zaczęło się od kielonka

Nasza miłość do literatury afrykańskiej narodziła się podczas zajęć z językoznawstwa, kiedy to ukradkiem czytałyśmy pod ławką Kielonka Alaina Mabanckou. Jak to po kielonku, mocno zakręciło nam się w głowach i… stało się, zakochałyśmy się na zabój! Jeszcze tego samego dnia zamówiłyśmy wszystkie afrykańskie powieści Karakteru, a niedługo potem zaczęłyśmy intensywne poszukiwania innych wydanych w Polsce tytułów. Kiedy tych zaczęło brakować, przywoziłyśmy książki z Paryża, Berlina i Rzymu. Byle więcej świeżej, intensywnej prozy z Afryki! Dziś wydaje się, że polscy wydawcy zaczynają przełamywać strach przed afrykańskimi pisarzami i publikują ich coraz chętniej – ku naszej wielkiej radości!

8. Śpiewałyśmy piosenki z Alainem Mabanckou

Odurzone Kielonkiem i innymi powieściami Mabanckou, marzyłyśmy, by móc kiedyś go spotkać. Udało się! To nie do uwierzenia, ale nie skończyło się na podpisie w książce. Napił się z nami piwa, uczył nas tańczyć i śpiewał z nami piosenki, na przykład . I jak tu nie kochać literatury, gdy tworzą ją tacy ludzie?

9. Pokaż mi swoją biblioteczkę, a powiem ci, kim jesteś

Przychodząc do kogoś w odwiedziny, z pewnością najpierw zdejmujecie płaszcz i buty, a potem zapadacie się w fotel i oddajecie się miłej pogawędce z gospodarzem. My, często jeszcze w czapce i owinięte szalikiem, natychmiast podbiegamy do regałów z książkami i z ciekawością przyglądamy się ich zawartości. Jeśli nawet uda się nas usadzić na kanapie, to nasz wzrok i tak ciągle ucieka w stronę biblioteczki. To coś, nad czym zupełnie nie panujemy! Kiedy nocowałyśmy u przyjaciółki, której księgozbiór śmiało mógłby rywalizować z zasobami Biblioteki Narodowej, położyłyśmy się do łóżek dopiero o 5 rano – tyle zajęło nam odczytanie wszystkich tytułów!

10. Kino to nasz drugi dom

Naszym celem jest żyć jak François Truffaut: czytać trzy książki tygodniowo i oglądać trzy filmy dziennie. Niestety, nie osiągnęłyśmy jeszcze tej pełni szczęścia, ale robimy, co możemy! Jeśli nie czytamy i nie piszemy, prawdopodobnie jesteśmy w kinie. Chętnie sięgamy zarówno po starsze produkcje (genialne 400 batów czy Samotność długodystansowca), jak i po nowości. Kochamy kino europejskie, jak szalone rzucamy się również na filmy z całego świata – regularnie odwiedzamy Izrael, Liban, Iran czy Argentynę. Nie wzgardzimy też Kanadą (kiedy wreszcie do polskich kin wejdzie najnowszy film Xaviera Dolana?).

 

Komentarze (1) + Dodaj komentarz

  1. monia napisał(a):

    Mam nadzieję, że biegnąc do biblioteczek gospodarzy jednak zdejmujecie buty! Bo wiecie – plucha, śniegi, te sprawy, a podłogi cierpią :).

Zostaw komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.