Wyobraźcie sobie taką sytuację: jest uroczy, letni wieczór i właśnie szykujecie się do wyjścia. Zamierzacie wybrać się do miłej knajpki, którą polecali wam znajomi, i przyjemnie spędzić czas. Gdy docieracie na miejsce, jesteście zachwyceni – wszystko okazuje się takie, jak oczekiwaliście. Podoba wam się atmosfera, nienachalna muzyka, uprzejma obsługa.Z zachwytem patrzycie na talerz, gdy czarujący kelner przynosi zamówienie. Właśnie otwieracie usta, by pochwalić wygląd dania, gdy ten sam kelner wyciąga zza pleców puszkę farby olejnej i z szerokim uśmiechem polewa nią wasze jedzenie. Smacznego.

Podobnie czułam się, czytając reportaż Swietłany Aleksijewicz Wojna nie ma w sobie nic z kobiety. Dlaczego? Oto moja historia.

O Aleksijewicz nasłuchałam się mnóstwo dobrego (było to jeszcze zanim została laureatką Nagrody Nobla), ale jakoś nigdy nie było okazji, by sięgnąć po którąś z jej publikacji. Ostatecznie kupiłam książkę Wojna nie ma w sobie nic z kobiety przed zeszłorocznym Big Book Festivalem, bo planowałam wybrać się na spotkanie z autorką i chciałam wcześniej przekonać się, czy jej teksty przypadną mi do gustu. Spakowałam ją sobie do torby, zamierzając przeczytać w drodze do Warszawy i, cóż, nie była to dobra decyzja.

wojnaniemawsobieniczkobiety2

Zacznijmy jednak od plusów. Od tej ładnej knajpki i uprzejmego kelnera (czas na farbę olejną przyjdzie za chwilę). Przede wszystkim postawmy sprawę jasno: to nie jest zła książka, a Aleksijewicz odwaliła kawał dobrej roboty, przygotowując ją. Mogłoby się zdawać, że o II Wojnie Światowej powiedziano już wszystko, co było do powiedzenia, a jednak okazuje się, że to chyba pierwszy reportaż (lub jeden z bardzo niewielu), który pokazuje koszmar wojny z perspektywy kobiet. Jedno jest pewne – dotarcie do bohaterek, nakłonienie ich do rozmowy i spokojne wysłuchanie tego, co mają do powiedzenia, bez wątpienia wymagało mnóstwa wysiłku, determinacji i siły. I za to tę reporterkę naprawdę podziwiam.

Nie ma zatem wątpliwości, że jest to książka potrzebna. Zazdroszczę wszystkim, którzy ją przeczytali (lub przeczytają), mogli poznać wszystkie opisane w niej poruszające historie i poczuć, jak ta lektura ich wzbogaca.  Bo mnie się to niestety nie przydarzy, a to, co mi w tym przeszkadza, może się wydać zupełnie banalne, jednak w moich oczach jest problemem nie do rozwiązania.

wojnaniemawsobieniczkobiety3

Wielokropki. Dziesiątki, setki, może nawet tysiące. Kilogramy, hektolitry, gigabajty wielokropków. Oto, co czyni dla mnie tę książkę kompletnie niestrawną. Nie ma strony, na której nie byłoby choć jednego wielokropka. Dla przykładu, na stronie 75 jest ich 16. Czasem w całym tekście nie ma aż tylu, a tutaj chodzi o zaledwie jedną stronę.

Sprawdzałam w Internecie, czy innych czytelników również aż tak to uwiera. Większość recenzji jest bardzo entuzjastyczna, ale czasem rzucały mi się w oczy komentarze na temat wrażenia zerowej redakcji lub specyficznej interpunkcji, która niekorzystnie wpływa na komfort czytania. Niektórzy twierdzą, że te wielokropki nadają tekstowi autentyczności, bo pojawiają się tam, gdzie rozmówcom Aleksijewicz załamuje się głos lub gdy zaczyna im brakować słów. Ktoś poetycko nazwał je „oddechami bohaterów”. Niestety, nie mogę się z tym zgodzić. Wystarczy spojrzeć na pierwsze strony, na których nie ma jeszcze reportażu jako takiego, a fragmenty reporterskiego dziennika. Strona ósma: cztery wielokropki. Jedenasta: sześć. A to tylko zapiski autorki!

Wiem, że nie każdy aż tak intensywnie zareaguje na to nietypowe rozwiązanie interpunkcyjne. Rozmawiałam ze znajomymi, którzy są już po lekturze reportaży noblistki i większość nawet nie zauważyła, że coś tam nie gra. Dla mnie natomiast czyni to tekst maksymalnie nieprzyjemnym w odbiorze i przywodzi na myśl motywacyjne memy z Facebooka. Takie, gdzie na tle zachodzącego słońca ktoś wkleja inspirujący cytat. Przykro mi, ale po czterdziestu stronach dostałam wysypki, a przy setnej byłam już na granicy wstrząsu anafilaktycznego. Pani Swietłano, obawiam się, że nie ma dla nas nadziei… (Wielokropek zamierzony!)

PS. Zamierzałam spytać autorkę o te wielokropki osobiście, kiedy podpisywała mi książkę po spotkaniu. Stchórzyłam i bardzo tego żałuję.

 

Mówimy o: Swietłana Aleksijewicz, Wojna nie ma w sobie nic z kobiety, przeł. Jerzy Czech, Wydawnictwo Czarne, Wołowiec 2010.

Komentarze (14) + Dodaj komentarz

  1. Magdalena napisał(a):

    Hej! Albo mi się tekst nie załadował w pełni albo naprawdę głównym zarzutem dotyczącym książki jest interpunkcja albo się pogubiłam na metaforze z farbą. Kurcze blade! Sądząc po barwach okładki powinna być to musztarda! Dobra… Tych książek nie czyta się łatwo, autorka wchodzi na pewien dosyć abstrakcyjny poziom afektacji w przedstawianiu cierpienia i krzywdy (wątpliwości etyczne mode: on), ale uważam, że poza tym książki te są bardzo dobre – na tyle, na ile reportaże potrafią być.

    • H. napisał(a):

      Hej! Bez obaw, nigdzie się nie pogubiłaś: tak, jedynym zarzutem są wielokropki, których ta książka ma +/- tyle, ile jest gwiazd na niebie. Niestety, strasznie mnie uczuliły. Co do tego, że to wartościowe książki, wątpliwości oczywiście nie mam. I tylko serce boli, że chyba żadnej nie zmęczę do końca.

      • Anonim napisał(a):

        O rany! A te gwiazdy na niebie Ci nie przeszkadzają? Jak sama zauważyłaś są ich miliony, czy to aby nie przesada? Jak można z tym żyć?! Ja też czasem kupuję książkę, bo podoba mi się okładka, ale nie zdarzyło mi się na odwrót… 🙂

        • H. napisał(a):

          Nie, z gwiazdami nie mam problemu. Przeszkadzają mi natomiast średnio błyskotliwe komentarze, zwłaszcza, kiedy zawierają bezpodstawne zarzuty 😉

  2. naia napisał(a):

    O rany :). Czytałam Twój tekst z rosnącym zaciekawieniem, bo oprócz ogromnego ładunku cierpienia, jakie niesie ta książka, a który chyba nie każdy czytelnik jest w stanie znieść, nie potrafiłam sobie wyobrazić niczego, co uczyniłoby tę książkę aż tak niestrawną. I na pewno sama bym na to nie wpadła… naprawdę mnie zaskoczyłaś :).

    Rozumiem, że wielokropki w nadmiarze mogą być denerwować, sama kojarzę kilka książek, w których były niesamowicie irytujące, ale u Aleksijewicz, z ręką na sercu, zupełnie ich nie zauważyłam. Jakby były jakimś naturalnym elementem tej opowieści, nic mnie nie raziło. Więc niestety zasilę grono tych, którzy nie wykazują zrozumienia dla Twojej irytacji :).

    A na tym spotkaniu z nią na Big Booku też byłam, urocza kobieta! Cieszyłam się, że udało mi się zdobyć od niej podpis, bo już kilka miesięcy później, na Conradzie, zaraz po przyznaniu jej Nagrody Nobla, trzeba było stoczyć o autograf srogi bój.

    • H. napisał(a):

      Nawet nie wiesz, jak Ci tego zazdroszczę! Jestem przekonana, że ten Nobel ma dobre uzasadnienie i nie wziął się znikąd, więc naprawdę żałuję, że nie daję rady ze zwykłymi, małymi kropeczkami.
      Pamiętam, że na Conradzie tłumy były niesamowite! Chociaż i na Big Booku publiczność dopisała 🙂

  3. Zuzanna napisał(a):

    Myślałam o Twojej awersji do jej wielokropków jak czytałam tę książkę. A myślałaś o audiobooku? Wiem, że to brzmi jak herezja skoro książki można czytać, ale przecież znaków interpunkcyjnych nie słychać.

  4. Luka Rhei napisał(a):

    Ja pewnie też nigdy już nie doczytam żadnej książki tej autorki, ale bynajmniej nie ze względu na wielokropki. Moim zdaniem styl Aleksijewicz jest wspaniały, te wielokropki jeszcze nie zdążyły rzucić mi się w oczy 😉 Za to rzuca ogrom bólu i ważności, które przemyca w swoich książkach. Trudne to i często nie do przetrawienia, choć przecież czytałam wiele bolesnych reportaży… Ona ma coś w sobie i w tym swoim pisaniu, co przyciąga i równocześnie straszy. Tak, pewnie to odwagi i samozaparcia brakuje mi, aby je pokończyć.

    • H. napisał(a):

      I to chyba jest właśnie kolejny błąd, który popełniłam: wzięłam sobie tę książkę na podróż. A, tak jak słusznie zauważyłaś, to bardzo bolesny i ważny reportaż. Średnia opcja do busa czy pociągu. Życzę Ci tego samozaparcia i odwagi, bo coś mi mówi, że warto przez te teksty przejść w całości!

  5. Zuzanna napisał(a):

    Myślałam o Twojej wielokropkowej fobii podczas czytania tej książki. Rozważałaś kiedyś wysłuchanie jej na audiobooku? Wiem, że to brzmi jak herezja gdyż książki się czyta, jednak znaków interpunkcyjnych nie słychać tak bardzo jak widać.

    • H. napisał(a):

      A wiesz, że to może być idealne rozwiązanie? Jeśli nie znajdę audiobooka, to poproszę kogoś, żeby mi czytał na głos. Jak w dziewiętnastowiecznym salonie albo po prostu: jak w dzieciństwie!

  6. Ewa Popielarz napisał(a):

    Uśmiechnęłam się – sama kiedyś miałam manię wielokropkową. Prawie każdy akapit tak kończyłam, całkiem niezamierzenie. Same mi się wstawiały. Ale wyrosłam z tego. Chyba… 😉

    O tej książce słyszałam już kilkakrotnie i myślę, że mimo wszystko spróbuję się z nią zmierzyć. Takie pozycje trudno się redaguje. Nie wiadomo, na ile ingerować w tekst, w tłumaczenie. Czy zostawić taki „surowy”, czy jednak wygładzać. Nie ma idealnych rozwiązań.

  7. Pożeracz napisał(a):

    Przyznam zupełnie szczerze, że te wielokropki też mi strasznie na nerwy działały. Zwłaszcza w „Czasach secondhand”. Nie była to irytacja na tyle intensywna, by mnie od lektury odwieść od lektury. Nie zmienia to jednak faktu, że zupełnie nie widzę sensu ni celu w tej manierze.

Zostaw komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.