Przełom lat 60. i 70. XX wieku. Dzieci-kwiaty odurzają się podejrzanymi substancjami i uprawiają wolną miłość, nieszczęśliwie zakochani nucą Killing me softly with his song, dorastający chłopcy wzdychają do plakatów Sophii Loren i Brigitte Bardot. Uczennice Liceum imienia Marii Panny Nilu w Rwandzie dekorują wezgłowia swoich łóżek nielegalnie pozyskanymi zdjęciami Beatlesów, blond aktorek i długowłosych przystojniaków. Ich radość nie trwa jednak długo, bo wkrótce do sypialni wkracza  matka przełożona i, nie kryjąc oburzenia, zrywa starannie wycięte fotografie, nakazując zastąpić je podobiznami papieża i świętymi obrazkami.

Liceum mieści się na szczycie góry, by żaden chłopak nie pałętał się po okolicy. To tutaj kształci się “żeńska elita Rwandy”: córki ministrów, oficerów i wysokich urzędników. Dyplom ukończenia szkoły jest wiele wart – dzięki niemu akcje na rynku matrymonialnym szybują w górę.

Licealistki poznajemy w pierwszym dniu szkoły: większość z nich przyjeżdża luksusowymi samochodami. Tylko niektóre jadą minibusem, stłoczone obok innych pasażerów i rozmaitych pakunków. Te dziewczyny mają małe, proste nosy. Należą do Tutsi.

Tutsi w całej szkole jest zaledwie dziewięć. To liczba nieprzypadkowa, bo wyznaczona przez obowiązujące “parytety rasowe”. I choć powieść Maria Panna Nilu  Scholastique Mukasongi zaczyna się niewinnie, od fanty wypitej na pielgrzymce i kilku złośliwych uwag na temat mniejszości etnicznych w klasach, czujemy gdzieś pod skórą, że nad liceum zbierają się ciemne chmury.

mariapannanilu3

Pozornie życie szkolne toczy się spokojnie: dziewczyny chodzą na lekcje historii i geografii, piszą wypracowania z francuskiego, plotkują o chłopakach i smarują się kremami wybielającymi, a czasem, gdy mają już dość corned beef ze stołówki, tęsknie wspominają domowe smakołyki. Zresztą licealna rzeczywistość różni się znacznie od tego, co znane, rwandyjskie. Dziewczęta przybierają tutaj europejskie imiona i mają zakaz mówienia w kinyarwanda. Dozwolony jest wyłącznie francuski. Ma być chrześcijańsko i nowocześnie, czyli… nieafrykańsko.

Choć od wyzwolenia Rwandy minęło już kilka lat, kolonizacja nadal trwa i ma się dobrze. Miejsce raz zainfekowane działaniami białego człowieka nie może jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki powrócić do dawnego kształtu i formy. Nie istnieje już dawna Afryka z jej tradycjami, wierzeniami i zwyczajami. Są za to fanatyczni, opresyjni chrześcijanie, “cywilizowani”, którzy nie ustają w walce z “zabobonami” i “zacofaniem” – w imię postępu i z poczucia misji. Mimo wszystko strzępki dawnych czasów wciąż unoszą się w powietrzu, pachną platanami i odurzają jak piwo z sorgo. Nie tak łatwo jest wykorzenić prawdziwą kulturę, nawet jeśli ma się do dyspozycji dużo fanty i serka Kraft. Ludzie w Rwandzie wiedzą, że gdy trzeba sprowadzić deszcz, a chrześcijański Bóg rozkłada ręce, czas pójść do czarownicy.

mariapannanilu2

Co jeszcze, oprócz puszkowanego jedzenia i sztywnych szkolnych mundurków Afryka zawdzięcza białym? To oni zbadali, zmierzyli, obejrzeli i stwierdzili, że Hutu i Tutsi to dwie różne rasy. Jednym ta wiedza potrzebna była do prowadzenia kampanii politycznej, inni – jak bohater książki, pan de Fontenaille – przebywając na “Czarnym lądzie” szukali magii i egzotyki, a dojrzeli je w fascynujących legendach o wysokich, smukłych królowych wywodzących się z tajemniczej (i “mniejszościowej”) “rasy”. To przez ten podział w 1994 roku ziemia w Rwandzie spłynie krwią miliona ludzi, zamordowanych przez sąsiadów, kolegów z pracy i osoby, z którymi niedawno jeszcze siedzieli ramię w ramię w kościelnej ławie.

Zadając sobie pytanie o genezę ludobójstwa, które wstrząsnęło światem, można wpaść w pułapkę i  przyglądać się jedynie kilku miesiącom/latom poprzedzającym tragedię. Scholastique Mukasonga proponuje nam cofnąć się o 20 lat i na własne oczy zobaczyć narodziny zła.

Historia rozgrywa się tu niejako na dwóch płaszczyznach: z jednej strony mamy opowieść o licealistkach, a z drugiej można odnieść wrażenie, że bohaterki są tylko pretekstem, by opisać nastroje wyczuwalne w całym rwandyjskim społeczeństwie. Dziewczęta, choć zdają się niemal realne, gdzieś po drodze tracą ostrość i stają się nośnikami: bezwzględnych politycznych manipulacji i ulegania im, a także biernej akceptacji. Grupa “ofiar” też jest zróżnicowana – niektóre żyją nadzieją, że dyplom szkoły “ludu większościowego” posłuży im jako paszport do lepszego życia, wolnego od popychania i wytykania palcami. Inne nie mają złudzeń: piątka z francuskiego nie zagwarantuje im uznania i bezpieczeństwa. Z dyplomem czy bez – pozostaną Tutsi.

mariapannanilu4

Nie myślcie jednak, że Maria Panna Nilu to sensacyjna powieść o politycznych rozgrywkach. Mugasonga nie epatuje okrucieństwem – w ogóle mało tutaj dosłowności (choć trochę się jej znajdzie, ale o tym za chwilę) – lecz zabiera nas do teatru, gdzie w ciasnych kadrach i urywanych sekwencjach snuje swoją historię. W półmroku, z pierwszego rzędu obserwujemy wizytę u czarownika na bagnach, wyprawę do dżungli w poszukiwaniu goryli i wizytę belgijskiej królowej. We wszystkich tych niezwykłych wydarzeniach, w ciszy przerywanej jedynie kwestiami wyraźnie wypowiadanymi przez aktorki, strzepując kurz uparcie osiadający nam na marynarkach, czujemy gęstniejącą atmosferę grozy.

Początkowo niepokoją nas drobnostki, rzucone mimochodem słowa czy dziwne żarty. Z czasem jednak drzwi liceum otwierają się przed nami nieco szerzej i dostrzegamy coraz więcej. Dla Scholastique Mukasongi nie ma tematów tabu: otwarcie mówi o miesiączce (“ta krew będzie ci przypominać, że jesteś tylko kobietą”), nastoletnich ciążach, molestowaniu seksualnym czy aborcjach przeprowadzanych w domowych warunkach.

Do przekształceń i manipulacji dochodzi również na poziomie języka. Pojawiające się regularnie wyrażenia “żeńska elita”, “lud większościowy” czy “detutsizajca” łudząco przypominają nowomowę rosnącego w siłę totalitaryzmu. Frazy wwiercają się w umysły dziewczyn i z czasem stają się czymś zupełnie naturalnym. Wzrasta też liczba używanych obelg i obraźliwych określeń. Zmiany zachodzące w języku z czasem zaczynają wyznaczać linie podziałów między uczennicami.

Mukasonga nie bez powodu głównymi bohaterkami swojej powieści czyni dziewczyny. W rwandyjskiej tradycji to kobieta odpowiedzialna jest za pielęgnowanie pamięci o przodkach. Używając licealistek jako figur, pisarka spełnia swój obowiązek i udowadnia, jak bardzo mylą się Europejczycy twierdząc, że historia jest ich wynalazkiem. Zdaje się mówić: “Serio? No to patrzcie!”. A my patrzymy i nie możemy przestać się zachwycać piękną, długą afrykańską tradycją przekazywania opowieści.

 

Mówimy o: Scholastique Mukasonga, Maria Panna Nilu, przeł. Anna Biłos, Czwarta Strona, Poznań 2016.

 

Ten wpis jest częścią cyklu #girlpower: o książkach pisanych przez kobiety, lecz nie dla kobiet. Dla ludzi.

Zostaw komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.