Dawno, dawno temu[1], gdy ukazał się polski przekład Jalo Iljasa Churiego, pewien bloger (nie pamiętam już, kto to był, wybaczcie!) nazwał tę powieść „arabskim sucharem”. Być może nie jest to miejsce na dyskusję o upodobaniach kulinarnych, ale pozwolę sobie zaznaczyć, że ja takimi sucharami mogłabym się żywić każdego dnia, więc byłam zachwycona, gdy w moje ręce wpadł Sezon migracji na Północ At-Tajjiba Saliha.

Historia tej pięćdziesięcioletniej powieści sama w sobie jest materiałem na książkę. Gdy w 1966 roku opublikowano ją po raz pierwszy, wywołała burzę. Została okrzyknięta bluźnierczą i pornograficzną, a wkrótce po wydaniu zaczęto ją wycofywać z księgarń. W Egipcie wpisano ją do indeksu ksiąg zakazanych, gdzie figurowała przez 30 lat. W międzyczasie była swobodnie tłumaczona na wiele języków, przy czym warto zaznaczyć, że większość zagranicznych wydawców za nic miała sobie prawa autorskie, więc o honorarium pisarz mógł tylko pomarzyć. Oto dola prawdziwego artysty: tworzyć dla samej satysfakcji tworzenia!

To pierwsza powieść sudańska, jaką kiedykolwiek miałam okazję czytać. Choć, jak wiadomo, Niespodziegadki kochają literaturę afrykańską i wierzą w nią, starałam się nie mieć żadnych oczekiwań i podejść do sprawy zupełnie na chłodno. A łatwo nie było, zwłaszcza, że blurby umieszczone na czwartej stronie okładki sugerują już pewną interpretację.

Jaką? „The Guardian” na przykład nazywa tę powieść „odwrotnością Conradowskiej podróży w głąb Afryki”. A ja tak nie lubię. Nie podoba mi się, gdy tekst reprezentujący jakąś kulturę próbuje się ograniczać ramami wyznaczonymi przez zupełnie inną.  Być może wynika to z lęku przed nieznanym. Może to sposób na oswojenie obcości. Ja jednak nie mam potrzeby niczego oswajać, pragnę wskoczyć na głęboką wodę i może nawet dać się poparzyć sudańskiemu słońcu. Nie chcę myśleć o Conradzie, gdy czytam Saliha.

Muszę jednak przyznać, że można doszukać się jakiegoś podobieństwa między Sezonem migracji na Północ a Jądrem ciemności. W obu powieściach bohaterowie wkraczają na nieznany ląd, a fizyczna podróż staje się dla nich przemierzaniem ciemnych zaułków własnej psychiki i odkrywaniem niepokojącej prawdy o sobie samym. Mimo wszystko odnoszę wrażenie, że nie to jest najważniejsze w tekście Saliha.

niespodziegadki_at-tajjibsalih_sezonmigracjinapolnoc2

Przejdźmy może do tego, o czym ta książka w ogóle jest. Główny bohater, ukończywszy studia, powraca do rodzinnej wioski. Z wielkiego świata ponownie wkracza w (jak mu się zdaje) monotonię i prostotę wiejskiego życia. Wkrótce jednak wśród znajomych twarzy dostrzega twarz obcą  – Mustafę Sa’ida, tajemniczego człowieka bez przeszłości. Szybko orientuje się, że ma do czynienia z kimś światowym i wybitnie inteligentnym. Od tej pory jego myśli wciąż krążą wokół nieznajomego. Pewnego wieczoru obaj panowie zaczynają rozmawiać i nawiązuje się między nimi dziwna, toksyczna więź. Tak rozpoczyna się szalona jazda bez trzymanki, bo okazuje się, że Mustafa Sa’id ma do opowiedzenia sporo historii, które mogą nieźle namieszać w głowie każdemu, kto ich wysłucha.  I tak, są to historie związane z Zachodem. Z rozpustnym życiem w Londynie, z nieokiełznanymi pragnieniami i szaleńczą pogonią za przyjemnościami zmysłowymi. Opowieści o niszczącej sile hedonizmu.

Jednak nie to jest w całej powieści najważniejsze. To nie Mustafa Sa’id jest tu głównym bohaterem, a młody mężczyzna, którego imienia nie znamy, i jego obsesja na punkcie tajemniczego przybysza. Od pierwszego spotkania życia obu splatają się z sobą. Z biegiem lat zaczynają się przenikać, a granice między protagonistą a Mustafą Sa’idem zacierają się. Kto jest kim? Do kogo tak naprawdę należą wspomnienia londyńskich dekadenckich nocy? Czyją twarz widzi bohater, gdy spogląda w lustro?

Oprócz studium szaleństwa mamy tu też bardzo ciekawy obraz sudańskiego społeczeństwa i tamtejszych obyczajów. Poznajemy ludzi, którzy nie stronią od zabawy, używek i niewybrednych żartów. Obserwujemy życie toczące się w wiosce: jesteśmy świadkami radosnych wydarzeń, konfliktów, a także tragedii. Po zaledwie 130 stronach mamy wrażenie, że spędziliśmy w Sudanie co najmniej kilka lat.

Dobrą powieść zawsze rozpoznaję po tym, jak się starzeje. Gdyby ktoś dał mi Sezon migracji na Północ i powiedział, że to świeżynka wydawnicza, uwierzyłabym. To tekst żywy i intensywny, a także napisany z bardzo dużą otwartością i odwagą. Kto by pomyślał, że ma pięćdziesiątkę na karku?

PS. Blogerze, którego nie pamiętam, jeśli przypadkiem to czytasz, zaklinam Cię, spróbuj kolejnego arabskiego suchara. Może się okazać zaskakująco soczysty, czasem trzeba tylko porządnie się wgryźć.

Mówimy o: At-Tajjib Salih, Sezon migracji na Północ, przeł. Jacek Stępiński, Smak słowa, Sopot 2010.

 

[1] A dokładniej: dwa lata temu

Zostaw komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.