Kiedy tak wspominałyśmy najciekawsze książki, które przeczytałyśmy w 2016 roku, złapałyśmy się na tym, że przy okazji przychodzą nam do głowy również tytuły, od których za wszelką cenę zamierzamy trzymać się z daleka (choć wrzucając selfika z tymi błyszczącymi okładkami, z pewnością zarobiłybyśmy parę serduszek na insta).

Przyznajemy się bez bicia: czasem wolimy chrupać suchary (więcej tutaj), niż sięgać po bestsellery.

Uwaga! Na tej liście może znaleźć się Twoja ulubiona książka. Jeśli uważasz, że warto ją przeczytać, daj znać w komentarzu!

 

Małe życie

Taka już nasza natura, że im bardziej się nam coś wciska, tym mniej mamy na to ochotę. A Małe życie atakowało dosłownie zewsząd. Wylegiwało się na księgarnianych witrynach, lśniło na stronach czasopism, wyskakiwało z blogów i vlogów, straszyło z banerów i reklam. To dla nas jasny sygnał: spryskać stalkera gazem pieprzowym, a potem w tył zwrot i biegiem do schronu. Najlepiej zygzakiem, żeby książka nie zdołała nas chapnąć w pięty. Poza tym nie do końca wierzymy w przełomowość i oryginalność tej powieści (tak nam podpowiada szósty zmysł). Na szczęście czytali ją chyba wszyscy, więc my już nie musimy.

 

Wszystkie pory roku Karla Ovego Knausgårda

Po tym, jak dzielnie walczył przez 6 tomów, Karl Ove Knausgård postanowił  zabawić się w Vivaldiego i skomponować swoje własne cztery pory roku. Zaczęło się od Jesieni, potem pojawiła się Zima, a niedługo przyjdzie czas na Wiosnę. Nie przeczytałyśmy żadnej z nich i wcale tego nie żałujemy. Choć świat oszalał na punkcie książek tego norweskiego everymana, z bólem serca nie możemy przyłączyć się do zachwytów. Co zniechęca nas najbardziej? Fakt, że autor jest maksymalnie skupiony na sobie. Po pierwszej części Mojej walki musiałyśmy łyknąć dużą dawkę prozy Lyonela Trouillot, by nie zapomnieć, że literatura istnieje nie tylko po to, by pisarz mógł sobie ulżyć i w nieskończoność opowiadać samego siebie. Trochę szkoda nam czasu na kolejne randki z Knausgårdem.

 

Fabryka bestsellerów Remigiusza Mroza

Nie szalejemy jakoś szczególnie za polskimi powieściami, ale oczywiście zawsze jesteśmy gotowe wspierać dobre tytuły. Niestety, nie wydaje nam się, by ogromnie popularne ostatnio książki Remigiusza Mroza zaliczały się do tej grupy. Dlaczego pozwalamy sobie na takie stwierdzenie, choć żadnej z nich nie miałyśmy nigdy w rękach? Przede wszystkim dlatego, że naszym zdaniem dobra proza potrzebuje czasu. Wartościowy tekst (i nie mówimy tu o arcydziele, a po prostu o przyzwoitej, wartej uwagi powieści) musi być przemyślany i dopracowany. Czy wystarcza na to czasu, gdy produkuje się osiem (tak!) książek w ciągu roku? Nie mamy pojęcia, ale nie kusi nas, by to sprawdzać.

 

Skrócona wersja Kodu Leonarda Da Vinci Dana Browna

Skrócona, bo dla młodzieży – tak przynajmniej twierdzi wydawca. Nie wiemy, czy to się sprawdza i nastolatkowie rzeczywiście chętniej sięgają po szczuplejsze wydanie, wiemy jedno: jako gimnazjalistki czy licealistki czułybyśmy się obrażone, widząc, że ktoś uznał nasze kompetencje czy zapędy literackie za niewystarczające, by sięgnąć po „wersję dla dorosłych”. Hej, jeśli dzieciaki mogą czytać Pana Tadeusza czy Krzyżaków, to bez trudu poradzą sobie także z Danem Brownem! Czytaliście Dzieci z Bullerbyn albo Muminki? To dowód na to, że i ośmiolatka nie przerazi opasłe tomisko, o ile tylko zawierało będzie porywające historie. (PS. Byłyby z nas prawdopodobnie matki-tyranki, bo za nic nie kupiłybyśmy potomstwu wersji skróconej czegokolwiek!)

 

Sekrety urody Koreanek. Elementarz pielęgnacji

Wierzcie lub nie, na półkach nie mamy ani jednej książki „dla dziewczyn”: o tym, jak dbać o cerę, robić równe kreski eyelinerem albo nosić się jak paryżanka. Czasami śmiejemy się, że może powinnyśmy, bo nazwy połowy produktów kosmetycznych brzmią dla nas co najmniej tajemniczo (baza wygładzająca, rozświetlacz, sztyft do konturowania?!). Na śmiechach-chichach się jednak kończy – nic nie poradzimy na to, że bardziej niż sekrety urody Koreanek, ciekawią nas nieznane literackie lądy!

 

 

Człowiek obiecany

Oto powieść, po którą nie sięgnęłybyśmy nawet, gdyby była jedynym, co zastałybyśmy na bezludnej wyspie. Apokalipsa, kataklizm, zagłada – trzy słowa, które sprawiają, że nie mamy ochoty zaglądać do środka. Akcja toczy się w Krakowie, lecz i to przestaje brzmieć jak pocieszenie, kiedy okazuje się, że pod Wawelem zamieszkała potężna istota pragnąca posiąść dziecko Króla i Ewy (serio?!). To, dlaczego ludziom podobają się takie książki (i okładki), pozostanie dla nas na zawsze wielką tajemnicą.

 

 

Wstrząsające historie o maltretowanych dzieciach

W tym oraz w kolejnym punkcie powiemy trochę o wydawniczych trendach, które na szczęście już powoli przygasają, ale wciąż jeszcze nie wyginęły (ku naszej rozpaczy). Pierwszym są reportażowo-powieściowo-biograficzne serie o nieszczęśliwych dzieciach. Nic nie przyprawia nas o gęsią skórkę bardziej niż smutne twarzyczki, zaglądające z okładek książek zatytułowanych Mamusiu, dlaczego?, Najsmutniejsze dziecko, Mamusiu, tatusiu, za co mnie tak nienawidzicie? czy Chłopiec, którego nikt nie kochał. Serio, to jest niepokojące. Oburza nas i zniesmacza takie spłycanie i fetyszyzowanie cierpienia. I to nie tak, że nie można na te tematy pisać. Ależ można, a nawet należy! O bolesnym i trudnym dzieciństwie pisze chociażby Monika Kompaniková w Piątej łodzi czy wspomniany już wcześniej Lyonel Trouillot w Dzieciach bohaterów. Tu po prostu chodzi o to, że teksty o cierpieniu i traumie nie powinny być tworzone dla łatwego i szybkiego zysku, szukać sensacji i chlastać czytelnika w twarz zdjęciami zapłakanych dzieci.

 

dotyk-crossa-tom-1-b-iext43479158

Erotyczne odgrzewane kotlety

Z ulgą obserwujemy, że erotyczne powieścidła w stylu Pięćdziesięciu twarzy Greya cieszą się coraz mniejszym zainteresowaniem. W czasach świetności tego gatunku miesięcznie wychodziło tyle nowych tytułów, że gdybyśmy miały uronić jedną łzę za każde zmarnowane na ich publikację drzewo, już dawno umarłybyśmy z odwodnienia. Z roku na rok jednak jest ich coraz mniej, choć, niestety, ostatnio wyszło kilka kolejnych powieści, a my nie przeczytałyśmy żadnej z nich i żyje nam się z tym wspaniale. Tym, co martwi nas najbardziej nie jest fakt, że księgarnie zalała fala tych straszliwych gniotów, ani że wolałybyśmy chyba nie czytać w ogóle nic, niż sięgać po te książki. Rozumiemy: każdy ma swoje grzeszne przyjemności (my na przykład kiedyś przez miesiąc słuchałyśmy Modern Talking). Najgorsze jest dla nas chyba to, że wydawcy wciąż serwowali tę samą opowieść! Identyczne historie o perwersyjnych biznesmenach i uwodzonych przez nie szarych myszkach, o mrocznej przeszłości, patologicznej relacji i wielokrotnej penetracji (niezły rym!). Masowa produkcja powieści-klonów, w których zmieniają się tylko imiona bohaterów, obraża inteligencję czytelników. Dobrze, że ta moda już mija. Za kilka lat będziemy ją wspominać z pobłażliwym uśmiechem, tak jak dziś wspominamy modne niegdyś fryzury na czeskiego piłkarza.

 

Szpieg, czyli nowy bestseller Paula Coelho

Uwaga, mroczny sekrecik z przeszłości: nie tylko czytałyśmy powieści Paula Coelho, ale nawet miałyśmy je we własnych egzemplarzach! Kiedy chodziłyśmy do gimnazjum, trwała moda na brazylijskiego pisarza i wręcz nie wypadało nie płakać nad rzeką Piedrą i nie umierać z Weroniką. W jedenaście minut przeszło nam jednak zainteresowanie pielgrzymowaniem i alchemią – okazało się, że wystarczy wybrać się do najbliższego sklepu i zagadnąć miejscowego pijaczka-filozofa, żeby zgromadzić w zeszycie ciekawsze uwagi na temat życia niż te głoszone przez Coelho. Choć według recenzentów Szpieg jest „inny” i zaskakujący” (czy to oznacza, że dobry?), nam raczej nie będzie dane się o tym przekonać. Przykro nam, zraziłyśmy się!

 

Niebezpieczne związki Sumlińskiego z plagiatem

Na deser może plagiacik? Nie miałyśmy nigdy w planach czytania Niebezpiecznych związków Bronisława Komorowskiego z prostego powodu: jeśli jakaś książka wciśnięta między Pięćdziesiąt twarzy Greya a Życie Crossa ląduje na fejsbuczkach i instagramach wszystkich naszych kolegów z gimnazjum, nie mamy o niej zbyt dobrego zdania. Kiedy w Newsweeku wydrukowano fragmenty publikacji Sumlińskiego zestawione z Chandlerem, Larssonem, Steinbeckiem i Coelho, nie tyle się uśmiałyśmy, co poczułyśmy się zażenowane. Naprawdę, ktoś jeszcze się łudzi, że w dobie komputerów i powszechnego dostępu do Internetu przepisywanie cudzych książek ujdzie mu płazem?

 

Komentarze (18) + Dodaj komentarz

Zostaw komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.