Ostatnio zaczęłam się zastanawiać: ile żyje książka? Czy rzeczywiście warto mówić i pisać o dziele wyłącznie w okresie jego premiery? Co potem? Po kilku miesiącach trzeba je pogrzebać na kartonowym cmentarzysku w czeluściach jakiegoś magazynu? Upychać na półkach w supermarketach, między płynem do mycia naczyń a sałatą? O ile widok Pięćdziesięciu twarzy Greya obok papieru toaletowego w Biedronce nie wzburza mnie jakoś szczególnie, to nie godzę się, byśmy tak łatwo pozwalali znikać prawdziwej literaturze.

Dlatego pragnę teraz oficjalnie, w imieniu swoim i pozostałych 50% Niespodziegadek, oświadczyć, że tutaj, na naszej wyspie, nie patrzymy spokojnie na konanie wartościowych tekstów. Będziemy o nich mówić, choć nie znajdziecie ich w TOP 10 empiku i nie poleca ich gwiazda M jak miłość.

Wedle opisanych powyżej standardów Wesele Zajna to już niemal zabytek. Nie dość, że polskie wydanie liczy sobie 6 lat, to jeszcze sam tekst powstał w ubiegłym wieku. Tak się składa, że po pierwszym, bardzo udanym podejściu do twórczości At-Tajjiba Saliha, nabrałam smaka na takie “suchary”, więc ochoczo sięgnęłam po kolejny.

Pierwsze wrażenie? Nieco inne niż w przypadku Sezonu migracji na Północ. Tam mieliśmy do czynienia z klasyczną powieścią, tutaj jest już mniej klasycznie. W przedmowie czytamy, że jeszcze w latach 30.  XX wieku literatura sudańska występowała głównie w formie ustnej i muszę przyznać, że ta powieść w jakiś sposób się do tej tradycji odwołuje. Nie tak, jak to bywa u Mabanckou, gdzie słowa przelatują nam nad głową jak pociski wystrzelone z procy, gdzie nie ma kropek ani wielkich liter, a po prostu wartki strumień opowieści, płynący strona po stronie. W Weselu Zajna to nie śmiałe eksperymenty z formą, a sposób prowadzenia narracji sprawia, że podczas czytania mamy wrażenie, że grzejemy się przy ognisku i słuchamy czyichś opowieści.

A o czym to sobie słuchamy? Cała historia zaczyna się plotką: Zajn, powszechnie uważany zarówno za nieszkodliwego głupka, jak i za świętego, nareszcie się żeni. Zajn, z którego wszyscy żartują, ten, który wciąż zakochuje się w nowej dziewczynie (u której nie ma szans). Zajn, który potrafi nagle rzucić się z pięściami na niewinnego z pozoru przechodnia i prawie nieboraka wykończyć. Bezzębny Zajn, który podszczypuje dziewczęta przy studni, żeni się z najpiękniejszą kobietą w wiosce!

niespodziegadki_at-tajjibsalih_weselezajna2

Punktem wyjścia jest sekwencja krótkich scen, urywanych rozmów na ten gorący temat. To właśnie tak, podsłuchując mleczarkę, nauczyciela czy mężczyzn przesiadujących pod sklepem, poznajemy okolicę i zawiłe relacje między mieszkańcami. Kilka chwil i jesteśmy przesiąknięci specyficzną atmosferą sudańskiej wioski. Pod tym względem Wesele Zajna przypomina Sezon migracji na Północ: obie powieści po zaledwie kilku stronach przenoszą czytelnika w czasie i przestrzeni niemal tak samo skutecznie jak podróż samolotem (a do tego bez przesiadek!).

Na początku może się wydawać, że wycieczka, na którą zabiera nas Salih to chaotyczny, niezbyt zorganizowany wypad. Narracja jest pocięta, opowieści kończą się w zupełnie niespodziewanym momencie i ustępują miejsca kolejnym anegdotom, by jak gdyby nigdy nic powrócić kilka stron dalej. Taki pozorny miszmasz wydaje mi się  jakimś odwzorowaniem niestandardowego toku rozumowania tytułowego bohatera: świętego szaleńca, naiwnego i niewinnego, który pod płaszczykiem umysłowego ograniczenia zdaje się kryć jakąś tajemnicę.

Tak nietypowy sposób snucia opowieści może stanowić dla czytelnika nie lada wyzwanie. Wystarczy jednak pozwolić sobie wejść w historię, by wszystkie fragmenty złożyły się w piękną, bogatą całość. Bo choć każdy z wątków w jakiś sposób nawiązuje do Zajna i jego ślubu, tak naprawdę zawiera znacznie więcej. To zachwycające, w jak bezbolesny, niezauważalny niemal sposób Salih przemyca informacje o sudańskiej tradycji, o zwyczajach, nastrojach i relacjach międzyludzkich, jak pięknie miesza świętość i szaleństwo, przyjaźń i niechęć, miłość i przemoc.

Choć nie znoszę wesel, to na weselu Zajna bawiłam się bardzo dobrze. Być może ma to jakiś związek z faktem, że zamiast wodzireja, oczepin i disco polo czekały tam na mnie sudańskie obrzędy i zagharid.

Czy to książka dla wszystkich? Oczywiście, że nie. Lecz czy w ogóle istnieje powieść, która ma się podobać każdemu? Jeśli tak, to z pewnością nie chcę po nią sięgać!

[o innych książkach, po które nie zamierzamy sięgać, przeczytacie tutaj]

Mówimy o: At-Tajjib Salih, Wesele Zajna, przeł. Jolanta Kozłowska, Smak słowa, Sopot 2010.

Komentarze (1) + Dodaj komentarz

  1. Agussiek napisał(a):

    Po raz pierwszy trafiłam dziś na Waszego bloga i jestem zachwycona!
    Bezkompromisowe teksty, niesztampowe lektury – to coś dla mnie 🙂
    Będę zaglądać regularnie.
    Do poczytania!

Zostaw komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.