Niedawno, bo przy okazji polskiej premiery Wróżby Agnety Pleijel, zastanawiałyśmy się, gdzie są książki o dorastaniu, w których to dziewczynka grałaby pierwsze skrzypce. Marzyły nam się bystre, spragnione przygód bohaterki w każdej chwili gotowe wdrapać się na drzewo, jeśli stamtąd widok na świat będzie okazalszy. Chciałyśmy dziewczyńskości, której nie straszne są zdarte kolana i plamy na sukience. Powieści czy opowiadania z prawdziwego zdarzenia, nie kolejnego ubranego w fabułę zbioru zasad postępowania dla panienek z dobrego domu. Ta nasza wymarzona książka miała być trochę chłopięca – nie dlatego, że chłopcy są w czymś lepsi od dziewczynek, a dlatego, że czasem więcej im wolno. Nikt nie patrzy na nich krzywo, kiedy godzinami grzebią kijem w ziemi albo przychodzą z podwórka umorusani. Czupurność jest w ich przypadku nawet mile widziana – dodaje uroku. My szukałyśmy takiej dziewczyny: śmiałej, z bujną wyobraźnią i błyskiem w oku, trochę nieokiełznanej. Czy znalazłyśmy?

Zaczęło się od Nety. Piekielnie inteligentnej, wrażliwej i głodnej nowych doświadczeń bohaterki Wróżby – książki, która okazała się być… dobrą wróżbą! Z ciotką Ritą wybrałyśmy się do jasnowidza i dałyśmy sobie spojrzeć w linie dłoni. Czary-mary, hokus-pokus i udało się! Podczas naszych literackich podróży zaczęłyśmy spotykać dziewczyny, którym błyskotliwości i odwagi możemy jedynie pozazdrościć. Odłożyłyśmy Pleijel na półkę, a w nasze ręce trafiła Maria Panna Nilu  Scholastique Mukasongi – powieść, w której jest wszystko to, co dziewczyńskie i niepokorne, żadnego tabu, ugładzania, żadnego strofowania. Zaraz potem wskoczyłyśmy w rakiety, żeby z Silją i Sontag, siostrzanym duetem z Poleciały w kosmos Idy Linde, wyruszyć w przestworza. Odkrywanie wszechświata w towarzystwie dwóch charakternych dziewczynek było tak przyjemne, że bałyśmy się, że po powrocie na Ziemię będziemy mieć problem z ponowną adaptacją. Na szczęście, czekała już na nas Córka rzeźbiarza Tove Jansson. Gwiezdnego pyłu w niej tyle, że zapasu z powodzeniem wystarczy do kolejnej kosmicznej podróży.

Zanim jednak odrobina srebrzystego konfetti spadnie na niespodziegadkową wyspę, przyznam Wam się do czegoś: długo bałam się sięgnąć po opowiadania Tove Jansson. Nie wiem sama dlaczego. Fińska autorka tak nierozerwalnie była dla mnie związana z Muminkami, że nie chciałam chyba, żeby jej pisarstwo straciło magię i zaczęło mi się kojarzyć z czymś surowym, zwyczajnym (dorosłym?). Pukam się teraz w czoło: jak mogłam wymyślić coś tak głupiego? Włóczykija, pyskatą małą Mi albo tajemniczą Bukę (przyznać się, kogo nawiedzała w koszmarach?) miałaby stworzyć pisząca surowe i zwyczajne teksty dorosła? Niemożliwe! Teksty wychodzące spod pióra mamy Muminków są bajkowe i już – nawet wtedy, kiedy nie mają nic wspólnego (czy na pewno?) z sympatycznymi trollami.

corkarzezbiarza3

W Córce rzeźbiarza Jansson powraca do dzieciństwa, tworząc niezwykłą, wymykającą się wszelkim schematom autobiografię. Nie ma tu dat ani nazwisk, jest opowieść. Powiedzieć, że wspaniała, to za mało – barwy są żywe, tony wyraźne, zapachy sprawiają, że swędzi nos. Proza Jansson jest czarująca, olśniewa, wprowadza w cudowny stan zawieszenia między jawą a snem. Pisarka po raz kolejny zaprasza nas do świata, który od pierwszej chwili fascynuje i wciąga. W trakcie lektury zbioru jej opowiadań czujemy, jak się kurczymy, drobniejemy, na nowo stajemy się ciekawskimi wszystkiego dziećmi i z radością eksplorujemy otaczającą nas rzeczywistość. „Jestem obecnie na dobrej drodze ku 100 [latom], ale czułem się jakbym miał 10 [lat], gdy Cię czytałem”, pisze w liście do Jansson jej przyjaciel Atos Wirtanenem – do setki trochę mi brakuje, ale mam dokładnie tak samo!

Mała Tove zachwyca. Czujna, uważna, bez trudu dostrzega detale, które innym umykają. Zapamiętuje fakturę, ciężar, potrafi odtworzyć grę światła. W snach fruwa, za dnia wspina się na drzewa, czołga po mieszkaniu w tiulowej spódnicy mamy, odczytuje psalmy pogrzebowe nad grobami much albo stojąc na kuble, przykryta obrusem odgrywa główną rolę w wymyślonym przez siebie przedstawieniu. Podejmuje pierwsze próby tworzenia: pisze wiersze, śpiewa, rysuje, wściekła na kuzynkę, która twierdzi, że cieszy się szczególnymi względami Boga, kleci złotego cielca. Uparta, trochę niesforna, ale i czuła, troskliwa, pełna empatii.

Nie byłoby być może tej twórczej, wrażliwej i pewnej swego dziewczynki, gdyby nie niezwykły, pełen ciepła dom, a właściwie niewielkie atelier, które jest jednocześnie miejscem zamieszkania i pracownią rodziców: mamy-ilustratorki i taty-rzeźbiarza. Tove dorasta w poczuciu, że życie i sztuka to jedno. Na co dzień przygląda się, jak matka wymachuje rysunkami, żeby tusz szybciej wysechł, śledzi ojca, który przygotowuje się do wyprawy po kamień na nową rzeźbę, ocenia powstające dzieła, tłumaczy nie znającym się na rzeczy, jakie są koszta kolorowego wydruku. Od czasu do czasu w domu odbywa się uczta – dziewczynka obserwuje ją z antresoli, pływając w papierosowej chmurze, wsłuchując się w dźwięki bałałajki, notując przebieg wydarzeń. A potem tęskni i marzy… o kolejnym ucztowaniu.

corkarzezbiarza2

Podglądając życie artystycznej rodziny Córki rzeźbiarza, nie mogę pozbyć się wrażenia, że znowu jestem w niebieskiej chatce w Dolinie Muminków. Jest tatuś, który lubi znikać w swojej pracowni. Jest kochająca mama, której opowieści pobudzają wyobraźnię – dźwięczą, szeleszczą, eksplodują barwami i zapachami. Są goście, którzy częstują się bułeczkami i popijają wodę sodową. Są wreszcie najrozmaitsze włochate stworki: koty, króliki, szczur, wiewiórka, a nawet małpka, której wybryki potrafią dać Tove w kość. Przede wszystkim jednak jest pełen miłości dom, w którym obowiązuje szacunek dla indywidualności drugiego. Czy nie to tak uwielbialiśmy w Muminkach?

Córka rzeźbiarza Tove Jansson to książka niezwykła z wielu powodów. Bo o dziewczynce, która nie ma nic wspólnego z niewyraźnymi, wycofanymi bohaterkami wielu powieści – jest śmiała, błyskotliwa, pełna twórczej energii. Bo Jansson oczarowuje, niezależnie od tego, czy opisuje fantazyjne sny czy poszukiwanie śledzi w spiżarni – jej opowiadania są jak misa pełna błyszczącego proszku, w którym można zanurzyć dłoń. Słowa fińskiej pisarki trzaskają, świszczą, mienią się tysiącem odcieni (świetny przekład Teresy Chłapowskiej – tłumaczki, której nazwisko możecie kojarzyć z książek o Muminkach). Bo – i to dla mnie najważniejsze – Córka rzeźbiarza to wyjątkowa okazja, by podejrzeć, jak rodzi się artystka, dla której wolność i sztuka będą najwyższymi wartościami.

 

Gdybyście nadal zastanawiali się, czy sięgnąć po tę niepozorną książeczkę, zdradzę Wam, że nie rozstaję się z nią od dwóch tygodni – co najmniej raz dziennie nachodzi mnie ochota na ucztę w domu Janssonów.

 

Mówimy o: Tove Jansson, Córka rzeźbiarza, przeł. Teresa Chłapowska, Marginesy, Warszawa 2016.

 

Ten wpis jest częścią cyklu #girlpower: o książkach pisanych przez kobiety, lecz nie dla kobiet. Dla ludzi.

Komentarze (2) + Dodaj komentarz

  1. Agussiek napisał(a):

    Dziś po raz pierwszy odwiedziłam Waszego bloga i jestem zachwycona!
    Bezkompromisowe, oryginalne teksty i ciekawe, niesztampowe lektury. To coś dla mnie 🙂
    Będę zaglądać regularnie. Do poczytania!

  2. Darka napisał(a):

    Jest taka jedna, której historyjek za chiny nie pamiętam, a jedynie że fantazję miała bujną i zapał do życia: Fizia Pończoszanka 🙂

Zostaw komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.