Proszę zgłosić się na badania. Babcia Basi ubiera czteroletnią wnuczkę w białe futerko, bierze za rękę i prowadzi do łódzkiego oddziału Jugendamtu. Na miejscu słyszy, że procedura jest długotrwała, i zostaje odesłana do domu. Potem Basia znika. Jest 1942 rok, trwa wojna, a dzieci traktowane są jako inwestycja w przyszłość całego narodu. Nie wszystkie, bo jedynie te z prostym nosem, jasnowłose, które mają odpowiedni rozmiar czaszki i właściwy rozstaw oczu, a więc spełniają „kryteria rasowe”. Jak Barbara Gajzler, jedna z bohaterek reportażu Anny Malinowskiej Brunatna kołysanka. Historie uprowadzonych dzieci.

brunatnakolysanka4

Czy Basia ma niemieckich przodków? A może przez pomyłkę uznana zostaje za Niemkę? Nic z tych rzeczy. Opętani teoriami rasowymi naziści nie przebierają w środkach – żeby zbudować niezniszczalną armię złożoną z „dobrej krwi” żołnierzy, gotowi są zrobić znacznie więcej, niż wychować własne potomstwo w duchu narodowego socjalizmu. W 1935 roku Heinrich Himmler, jeden z głównych przywódców III Rzeszy, podejmuje decyzję o stworzeniu Lebensbornu – Źródła Życia. Oficjalnie instytucja prowadzi działalność dobroczynną, otaczając opieką ciężarne. Wśród pensjonariuszek są żony wysoko postawionych oficerów, które przygotowują się do roli matki, słuchając przemówień Hitlera i czytając Mein Kampf, ale i niezamężne kobiety, które ze strachu przed potępieniem z powodu nieślubnego dziecka decydują się rodzić w ukryciu i zostawić niemowlę w ośrodku. Przed tymi drugimi drzwi otwierają się tylko, jeśli uda im się udowodnić, że wydadzą na świat „wartościowe genetycznie dziecko”. Co robi w Lebensbornie Basia? Okazuje się, że lista zadań, które Himmler wyznaczył Lebensbornowi, jest dłuższa – znajduje się na niej również przejmowanie „odpowiednich pod względem rasowym” potomków innych narodów. Szef SS stawia sprawę jasno: „Gdziekolwiek napotkacie dobrą krew, macie ją zdobyć dla Niemiec albo postarać się o to, by przestała istnieć”.

brunatnakolysanka2

Barbara Gajzler nie jest wyjątkiem. Do Lebensbornu trafiają tysiące polskich dzieci. Są odbierane rodzicom, wywożone z sierocińców i szpitali. Niemowlęta, które przychodzą na świat w obozach pracy, o ile spełnią „kryterium rasy”, automatycznie przechodzą pod opiekę Lebensbornu. W ośrodku „hodowli nadludzi” dzieci są przymusowo germanizowane – dostają nowe imiona i nazwiska, mają zakaz mówienia po polsku, są bite i otumaniane lekami. Czekają na nowych, niemieckich rodziców, którzy wychowają je zgodnie z narodowosocjalistyczną ideologią. Do jakich domów trafią? Jak potoczą się ich losy po wojnie? Te pytania nie dają spokoju Annie Malinowskiej. Reporterka postanawia odnaleźć Polki i Polaków, których życie na zawsze naznaczył pobyt w Lebensbornie. Powstaje wstrząsający reportaż.

brunatnakolysanka5

Jak zapowiada podtytuł Historie uprowadzonych dzieci, Brunatna kołysanka jest opowieścią o ofiarach. Autorka prezentując tło historyczne i opisując okoliczności powstania Lebensbornu, przywołuje nazwiska zbrodniarzy, ale to nie kat znajduje się w centrum jej zainteresowania. Zamiast fetyszyzowania oprawcy mamy  próbę przywrócenia pamięci o tych, których skrzywdzono, wyrywając z rodzinnego domu i okradając z tożsamości. Odtworzenie losów wywiezionych potajemnie dzieci bywa bardzo trudne – linie są niewyraźne, koślawe, nagle się urywają. Anna Malinowska się nie poddaje: przeszukuje archiwa, sięga po kolejne naukowe publikacje, jedzie do byłego ośrodka Lebensbornu w Połczynie-Zdroju. Przede wszystkim jednak rozmawia – to wspomnienia odnalezionych są tym, co w jej reportażu najcenniejsze.

brunatnakolysanka3

Opowieści, którymi dzielą się z reporterką ofiary zbrodniczego systemu, budzą różne emocje. Raz przerażają, ściskają za gardło i sprawiają, że z trudem przełykamy ślinę, kiedy indziej wzruszają, a nawet powodują, że na twarzy pojawia się cień uśmiechu. Każda historia jest inna, życie napisało dla ocalałych najróżniejsze scenariusze. Niektórych dzieci nigdy nie udało się odnaleźć, dorosły więc w przekonaniu, że są Niemcami, nic nie wiedząc o swojej przeszłości. Inne sprowadził do Polski znakomity adwokat Roman Hrabar – nie zawsze jednak wyczekiwali ich stęsknieni rodzice, nierzadko powrót do kraju oznaczał kolejne porzucenie i tułaczkę po domach dziecka. Dlaczego znowu mnie zabrano, dlaczego nie zostałam z Mutti? – te słowa padają z ust bohaterki reportażu. Czy było inne wyjście z tej sytuacji? W pierwszych latach po wojnie nie było czasu na tego rodzaju rozważania.

Kiedy pierwszy raz przeczytałam zapowiedź Brunatnej kołysanki, w mojej głowie zostało tylko jedno zdanie: Co się z nimi stało po wojnie? Zaczęłam się zastanawiać, czy w tym przypadku istniało jakieś dobre rozwiązanie. Co zrobić z sześciolatkiem, który nie zna innego domu niż podberlińska willa i nie rozumie zdania po polsku, jeśli w Warszawie czy w Łodzi czeka na niego zrozpaczona matka? Wystarczy spróbować udzielić odpowiedzi na to pytanie, żeby uświadomić sobie rozmiar krzywdy, jaką wyrządził dzieciom i ich rodzinom Lebensborn. Rozmówcy Malinowskiej, niezależnie od tego, jak potoczyło się ich dorosłe życie, są zgodni co do jednego: rany nigdy się nie zabliźniły.

Choć jest styczeń i nie czas na podsumowania i rankingi, a już na pewno nie te końcoworoczne, zaryzykuję stwierdzenie, że Brunatna kołysanka Anny Malinowskiej to jeden z najlepszych reportaży 2017 roku. Przeczytajcie koniecznie!

 

Mówimy o: Anna Malinowska, Brunatna kołysanka. Historie uprowadzonych dzieci, Agora, Warszawa 2017.

Komentarze (3) + Dodaj komentarz

  1. agussiek pisze:

    Ta książka to kolejny dowód na to, jak okrutna, na wielu płaszczyznach życia, jest wojna i ile pokoleń ponosi jej konsekwecje.
    Wczoraj oglądałam film o małżeństwie z Berlina (ona Niemka, on niemiecki Żyd), którzy w 1939 roku w obliczu nasilających się represji ze strony nazistów i nadciągającej wojny, wysłali do Anglii dwójkę swoich dzieci (ok. cztero- i sześcioletnie) z nadzieją, że jak tylko uzyskają wizy, to do nich, w przeciągu kilku tygodni, dołączą. Niestety stało się inaczej i spotkali się dopiero po dziewięciu latach, jako zupełnie obcy sobie ludzie.
    To wprawdzie inna historia, niż lebensborny, ale efekt ten sam: niszczenie rodzin, niszczene ludzi, niszczenie tożsamości….
    Bardzo to smutne.
    Jeszcze nie wiem, czy po książkę sięgnę, choć zapowiada się dobrze. Czasem nie ma miejsca w głowie na jeszcze więcej smutku….

  2. Agussiek pisze:

    To dwuczęściowy film pokazywany w drugim programie niemieckiej telewizji publicznej. Tytuł „Landgericht”, czyli „Sąd kraju związkowego”.
    https://www.zdf.de/filme/landgericht

Zostaw komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.