Kiedy widzimy książki oznaczone jako „literatura kobieca”, natychmiast robimy się czerwone ze złości. Co to właściwie znaczy „literatura kobieca”? Literatura pisana przez kobiety? Dla kobiet? O kobietach? Spoglądając na te wszystkie urocze okładki z ładnymi paniami powyginanymi w kuszących pozach lub trzymającymi kubki z ciepłymi napojami, mamy nieodparte wrażenie, że „literatura kobieca” to jeszcze jeden sposób na to, żeby przykleić kobietom łatkę słodkich idiotek. Symboliczna linia demarkacyjna między tym, co poważne i mające znaczenie, czytaj „męskie”, a tym, co słabe i ckliwe, czytaj „kobiece”.

Można by pomyśleć, że jeśli nie w pracy, w domu czy u lekarza, to chociaż w księgarni panuje równouprawnienie. Nic z tego. Na próżno krążyć między regałami w poszukiwaniu „literatury męskiej”. Mężczyźni są widocznie na tyle wszechstronni i ciekawi świata, że nie trzeba prowadzić ich za rączkę ani wyznaczać im terenu eksploracji. Kobiety natomiast, jak zdaje się sugerować zawartość działów z „literaturą kobiecą”, to stworzenia wyjątkowo ograniczone – sięgają po książki tylko wtedy, gdy mają ochotę na rozmyślanie o księciu na białym koniu lub gdy brakuje im erotycznych doznań (i tylko wtedy je piszą).

Ten twardy podział jest zresztą zauważalny nie tylko na półkach z książkami. Pamiętamy, jak po premierze Wróżby Agnety Pleijel krytycy i blogerzy dziwili się, że to powieść, która może trafić do wszystkich, choć napisana jest przez kobietę. Jeden nawet radośnie stwierdził, że książka go oczarowała, a przecież nie jest skierowana do mężczyzn. A dlaczego nie? W jednym z wywiadów Pleijel mówi: “Kiedy dorastałam, to właściwie nie miałam wrażenia, że dorastam jako dziewczyna. Chciałam dorosnąć jako człowiek. W ten sposób chciałam też napisać swoją książkę. Mniejsze znaczenie ma to, że bohaterem jest dorastająca dziewczynka. Bardziej chodziło mi o dojrzewanie człowieka.”

Serio, mamy tego dość. Nie chce nam się już słuchać o „literaturze kobiecej”, o tym, że tłumaczki robią gorszą robotę od tłumaczy, a o trudnych tematach dobrze piszą tylko mądrzy panowie w okularach. Bo prawda jest taka, że dziewczyny potrafią. Grać w piłkę, wkręcać żarówki, uprawiać politykę i dobrze pisać. Dlatego ruszamy z nowym cyklem! #girlpower – tutaj znajdziecie teksty o świetnych książkach napisanych przez autorki z całego świata. Twarde babki, którym słowa nie służą do gotowania pożywnego obiadku, lecz do budowania niezwykłych wynalazków (taka Despentes za próby wciśnięcia w okładkę z herbatką i sweterkiem albo za umieszczenie na końcu jej powieści przepisu na ciasto z malinami przywaliłaby Wam glanem w twarz).

I  to nie tak, że choć bronimy się przed podziałami, próbujemy teraz stworzyć własny. Niestety, prawda jest taka, że żeby odrzucić stereotypy, najpierw trzeba przekonać się, że nijak mają się one do rzeczywistości. Wspomniani wcześniej blogerzy i krytycy, którzy ze zdumieniem odkryli, że książka napisana przez kobietę nadaje się do czytania, zrobili już pierwszy krok. Zdajemy sobie sprawę, że opisane jako “literatura kobieca” działy z romansami nie znikną nagle, ale zależy nam na tym, by uratować przed dyskryminacją wartościowe książki, traktowane pobłażliwie tylko dlatego, że ich autor nie ma penisa. Jeśli za naszą sprawą choć jedna osoba przestanie utożsamiać kobiety-pisarki z brokatowymi, naiwnymi, ocierającymi się o grafomanię historyjkami, to już uznamy to za wielki sukces. Gotowi do drogi? To ruszamy!

 

Bohaterki #girlpower:

Ken Bugul

Tove Jansson

Monika Kompaníková

Ida Linde

Scholastique Mukasonga

Agneta Pleijel

Petra Soukupová

 

(PS. Pamiętajcie, że lista będzie się stale rozrastać!)

 

 

Komentarze (14) + Dodaj komentarz

  1. Agnieszka Czoska napisał(a):

    Świetny pomysł na cykl, zwłaszcza w naszych ciekawych czasach. Dodacie też Zadie Smith, Hertę Mulller, albo Wandę Hagedorn, czyli „Totalnie nie nostalgię”? Czy chcecie skupić się na mniej znanych (u nas) pisarkach? Osobiście dziękuję za Ken Bugul – bo zupełnie mnie ominęła, oraz Jansson – bo jest bardzo nieoczywista, od Muminków począwszy. Czekam na kolejne 😉

    • Niespodziegadki napisał(a):

      Co tu dużo mówić – ciągnie nas w stronę tego, co nieodkryte, więc pisarek mało znanych z pewnością będzie najwięcej 🙂 Co nie oznacza, że Zadie Smith czy Herta Muller nie znajdą się na liście – takich postaci po prostu nie może zabraknąć! Będziemy wdzięczne za wszystkie podsyłane nam propozycje, nawet się nie spodziewałyśmy, że już teraz, na starcie, tyle ich otrzymamy!

  2. Super! Jestem bardzo ciekawa tego cyklu. Koniecznie muszę nadrobić książki Chimamandy Ngozi Adichie i czekam na kolejne propozycje! 🙂

  3. agussiek napisał(a):

    #girlpower – WSPANIALE!!!
    Bardzo dobra inicjatywa. Choć swoją drogą to bradzo smutne, że w 2017 (!!!) roku trzeba oczytanym (!!!) ludziom takie oczywistości tłumaczyć 🙂

    Oczywiście też mam kilka propozycji:
    Majgull Axelsson
    Herbjørg Wassmo
    Elizabeth Strout
    Zeruya Shalev
    Olga Tokarczuk
    i oczywiście Chimamanda Ngozi Adichie 🙂

    Mogłabym dalej wyliczać, ale zostawię coś dla innych 🙂
    Pozdrawiam!

  4. Koniecznie Olga Tokarczuk. 🙂
    Podrzucam też link do artykułu z Wysokich Obcasów o seksizmie na rynku wydawniczym. Niby nic odkrywczego, ale smuci i uświadamia, że stereotypy wciąż są dobrze zakorzenione. Bo czy jedynym wyznacznikiem nie powinna być jakość literatury a nie płeć piszącej/piszącego?
    http://www.wysokieobcasy.pl/wysokie-obcasy/1,115167,18549926,mezczyznom-jest-osiem-razy-latwiej-opublikowac-ksiazke.html?disableRedirects=true%29&disableRedirects=true
    Link podsunęła mi Recenzentka podczas bardzo ciekawej dyskusji o stygmatyzowaniu: http://recenzentka.blox.pl/2016/06/Droga-do-domu-Yaa-Gyasi-czyli-przecietna-ksiazka.html

    • Niespodziegadki napisał(a):

      Dziękujemy! 🙂
      Dawno zauważyłyśmy, że literatura pisana przez kobiety często traktowana jest pobłażliwie, ale skalę problemu uświadomiłyśmy sobie całkiem niedawno, przy okazji premiery „Wróżby” właśnie. Kiedy usłyszałyśmy, jak kolejna krytyczka (kobieta, feministka) zachwycając się powieścią Pleijel, stwierdza, że ta „podoba się też panom”, to się w nas zagotowało. Jak głęboko siedzą te durne stereotypy, że my-dziewczyny mówimy coś takiego? Wbito nam do głów, że książki pisane przez kobiety to jakiś specyficzny rodzaj literatury, który tylko sporadycznie nadaje się do czytania przez mężczyzn, a my bez mrugnięcia okiem to powtarzamy. Czy ktoś wymienia jako zaletę pisarza fakt, że czytają go również kobiety?! Najwyższy czas skończyć z bezsensownymi podziałami!

  5. Recenzentka napisał(a):

    Pożyczam hashtaga! Świetny pomysł z cyklem. Przy okazji dyskusji o książce, która była dobra, chociaż napisana przez kobietę powtarzam zawsze historię Magdaleny Tulli, której książki były oceniane z nonszalancją, aż do „Kontrolera snów”, którego opublikowała jako Marek Nocny i nagle ci sami krytycy zachwycili się mocną, męską prozą 😉

  6. Oskar Mizgier napisał(a):

    Czyli pisanie nie idzie w parze z gotowaniem?:p

  7. agussiek napisał(a):

    Wykorzystam Wasz hasztag do dzisiejszego posta 🙂 Pasuje jak ulał!

Zostaw komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.