Od jakiegoś czasu zakładki do książek zastępuje mi ołówek. Lubię mieć go pod ręką, bo nigdy nie wiadomo, czy na kolejnej stronie nie pojawi się jakieś wyjątkowe zdanie, do którego będę potrzebowała później wrócić, którym będę musiała koniecznie podzielić się z drugą połową Niespodziegadek lub po prostu takie, które będę chciała zatrzymać w pamięci na dłużej. Zwykle kończy się na kilku zabazgranych stronach, nim książka wróci bezpiecznie na półkę. Jednak w przypadku Piątej łodzi stępiłam sobie cały rysik. Do zera.

Co czyni tę powieść tak wyjątkową, że chciałabym zapamiętać każde zdanie?

Zacznijmy od fabuły. Dwunastoletnia Jarka wychowuje się w dysfunkcyjnej rodzinie, od najmłodszych lat obserwując konflikty między matką i babką (do każdej z nich zwraca się po imieniu). Ignorowana i pozostawiona sama sobie, szybko uczy się samodzielności i niezależności. Pewnego dnia przywłaszcza sobie wózek z dwojgiem niemowląt, zabiera je do altany na działce i tam postanawia rozpocząć nowe życie. Wkrótce do tej nietypowej rodziny dołącza także ośmioletni Kristian, grzeczny chłopiec z dobrego domu. Dzieci próbują przejąć role dorosłych, na nowo zbudować dla siebie świat.

Piąta łódź mogłaby być opowieścią o tym, jak zmaltretowana, nieszczęśliwa dziewczynka poszukuje ciepła i akceptacji. Mogłaby to też być historia wychowanej w świecie bez mężczyzn kobiety, która spotyka na swojej drodze wspaniałego partnera i leczy traumy. Lub epatująca cierpieniem i opisami okropnych przeżyć książeczka o koszmarnym dzieciństwie, molestowaniu seksualnym i interwencjach opieki społecznej, koniecznie z zapłakanym malcem na okładce (więcej o tego typu publikacjach pisałyśmy tutaj).

Na szczęście Kompaníková nie uderza w żaden z tych tonów i śmiem twierdzić, że to jest największa siła jej powieści. Choć mamy tu do czynienia z narracją pierwszoosobową, autorce udaje się zachować duży dystans. Jarka nie rozpacza, nie użala się nad sobą, nie szuka naszego współczucia. Opowiada nam historie ze swojego życia w spokojny, niemal beznamiętny sposób.

A trzeba przyznać, że niektóre są wstrząsające: choćby opowieść o mężczyznach, którzy zakradają się do pokoju dziewczynki, gdy jej matka wychodzi na papierosa lub moment, w którym Jarka znajduje w łazience zwłoki babki. Za każdym razem otrzymujemy jedynie małe kawałki, z których po jakimś czasie możemy stworzyć większy obraz.

Z każdą kolejną stroną zdobywamy zaufanie narratorki, która powoli odkrywa przed nami swoje tajemnice. Atmosfera gęstnieje, słońce chowa się za chmurami, zaczyna padać deszcz, który zamiast nieść oczyszczenie sprawia tylko, że przemakają nam buty. Czytając, miałam wrażenie, że strumień opowieści kontrolują dwie osoby: bohaterka decyduje o tym, co zostanie powiedziane, a autorka o tym, jak zostanie to zrobione. Bo Jarka to postać z krwi i kości, prawdziwa, żywa, niemal materialna. W przeciwieństwie do pozostałych, którzy w porównaniu z nią zdają się zaledwie wyblakłymi fotografiami, nieuchwytnymi strzępkami wspomnień. Nawet Lucia, matka dziewczynki, choć pozornie bardzo wyrazista w swoich legginsach w panterkę i z papierosem w ustach, jest jedynie opowieścią.

Ogromnym plusem Piątej łodzi jest też to, że choć stawia wiele pytań, nie daje jasnych odpowiedzi. Nic nie jest tu czarno-białe ani oczywiste. Warto zastanowić się przez chwilę nad kontrastem między Jarką i Kristianem. Ona – dziecko zaniedbane emocjonalnie i fizycznie, dwunastolatka, która sama gotuje sobie obiad, robi pranie i włóczy się po mieście do późnych godzin nocnych. On – grzeczny chłopiec w czystym ubraniu, śpiący z palcami wplecionymi we włosy mamy, która robi mu do szkoły kanapki z pastą jajeczną. Jak myślicie: które z nich wbija sobie pod paznokcie szpilki, gdy nikt nie widzi? Książka Kompaníkovej pokazuje, że nie ma żadnej oczywistej recepty na szczęście i że w każdym domu, nawet tym ze śnieżnobiałymi firankami w oknach, mogą czaić się demony.

Z drugiej strony, mimo poważnego tematu, książka ma w sobie dziwną lekkość i dużo młodzieńczej energii. Nie pozwala pozostać obojętnym, ale też nie dołuje. Ten niezaprzeczalny urok dość dobrze oddaje zwiastun ekranizacji, która wkrótce powinna trafić do kin (nie mogę się doczekać!):

Przeżyłam tę powieść bardzo mocno. Oto przykład znakomitej literatury zaangażowanej – takiej, która nie mówi nam, co mamy czuć i myśleć, a jednocześnie zostaje w głowie i nie pozwala czucia i myślenia wyłączyć.

 

Mówimy o: Monika Kompaníková, Piąta łódź, przeł. Izabela Zając, Książkowe Klimaty, Wrocław 2016.

 

Ten wpis jest częścią cyklu #girlpower: o książkach pisanych przez kobiety, lecz nie dla kobiet. Dla ludzi.

Zostaw komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.