Powieść Pod śniegiem Petry Soukupovej jest jak francuski film z lat 60.: gwarny, żywiołowy, swobodny. Obraz drży, kadr dobrany jest pospiesznie, kamera od czasu do czasu niespodziewanie wędruje w inny punkt. Nowofalowe są jednak przede wszystkim dialogi. Czy chodzi o rozgrzeszenie w myślach samej siebie czy o sprzeczkę między bohaterkami – nic tu nie jest inscenizowane. Słowa układają się w rządki spontanicznie, czasami urywają albo ciągną w nieskończoność, innym razem bombardują wypowiadane naprędce, w emocjach – zupełnie jak u Godarda czy Truffaut. Aż ma się ochotę wykrzyknąć: nareszcie, nareszcie zwykłe życie!

Nie jestem zaskoczona, kiedy po zakończonej lekturze znajduję na skrzydełku książki informację, że Petra Soukupová skończyła praską filmówkę i pracuje jako scenarzystka. Pod śniegiem to powieść bardzo filmowa. Już pomysł, by skonfrontować postaci, zamykając je w niewielkiej przestrzeni, sprawia, że czuję się jak na kinowej sali – ten schemat upodobali sobie ostatnio filmowcy, czego dowodem są chociażby Festen i Rzeź (lub goszczący na ekranach niedawno Dobrze się kłamie w miłym towarzystwie).

Pisarka idzie dalej niż Vinterberg czy Polański i akcję umiejscawia nie w luksusowym apartamencie, a w samochodzie. Kiedy pod drzwi podjeżdża duże volvo, możemy jeszcze mieć nadzieję, że warunki podróży będą komfortowe – zrzucimy płaszcz, przyjmiemy wygodną pozycję, może nawet wyprostujemy nogi. Uwaga, nic z tego! Soukupová zadbała o to, żeby było tak ciasno, jak to tylko możliwe. W rodzinne strony świętować urodziny taty wybierają się nie tylko trzy siostry, ale też ich potomstwo: niemowlę, rozwydrzony przedszkolak i dwie wkraczające w okres dojrzewania dziewczynki. Na tylne siedzenie wdrapuje się pies, a jakby tego było mało, najstarsza z sióstr upiera się, żeby do bagażnika wcisnąć ogromny telewizor, który kupiła dla ojca. Wyprawa w stylu slow life? Na pewno nie tym razem.

Jak można się było spodziewać, wrzaski i przepychanki zaczynają się, zanim jeszcze wszyscy zapną pasy. Dzieci kłócą się o iPada, zwierz rysuje na szybie jęzorem, siostry zerkają na siebie z niechęcią, wytykając sobie najmniejsze potknięcia, od źle dobranego stroju, przez nieskuteczne metody wychowawcze, po nieznajomość kodeksu drogowego. Krótko mówiąc: atmosferka rodzinnych wycieczek. Kiedy temperatura wzrasta do tego stopnia, że nie nadążamy z wachlowaniem się zużytą serwetką z McDonald’s, Soukupová daje nam chwilę odsapnąć i przenosi nas kilkadziesiąt kilometrów dalej, do domu, w którym czekając na przyjazd córek, przeszłość analizuje matka.

Wydaje się, że kobiety nie bez powodu grają w Pod śniegiem pierwsze skrzypce. W świeżej, pozornie lekkiej powieści Petra Soukupová tworzy porażająco realistyczny portret współczesnej Europejki. Jesteśmy w drugiej dekadzie XXI wieku: jedne kobiety robią zawrotne kariery, inne koncentrują się na opiece nad dzieckiem, jeszcze inne łączą pracę w korporacji z matkowaniem albo i jednemu, i drugiemu pokazują środkowy palec. Nie ma już jednego wzorca, któremu każda musi się podporządkować. Siostry są tego doskonałym przykładem. Olga to silna, samodzielna i pewna siebie prawniczka, która okazuje się słaba i uległa, kiedy komendy wydaje jej syn-jedynak, któremu za wszelką cenę stara się wynagrodzić brak ojca (tatuś, jak to czasem bywa, zwinął się przerażony widokiem noworodka). Misją Blanki jest uszczęśliwianie całej rodziny: podanym punktualnie obiadem, wyprasowaną bielizną, wypolerowaną armaturą; zmartwieniem: zdrada, o którą podejrzewa męża. Najmłodsza Kristýna to wolny duch, któremu marzą się kajdany miłości –  wybranek może być żonaty i mieć gromadkę dzieci, byle był. Matka reprezentuje stary porządek: zajście w ciążę równa się rola kury domowej i kuratela apodyktycznej teściowej.

Każdą z kobiet pisarka szkicuje we wszystkich odcieniach szarości, oddając głos jej samej i pozwalając nam zobaczyć ją oczami bliskich. Ten zabieg sprawia, że każda uruchamia cały repertuar uczuć: wściekłość, zachwyt, litość, współczucie, podziw. Okazuje się, że choć siostry reprezentują skrajnie różne postawy życiowe, wszystkie dręczone są przez wątpliwości i poddawane surowej ocenie otoczenia – co ciekawe, zwłaszcza jego żeńskiej części. Powieść Soukupovej daleka jest od feministycznego manifestu, ale na mnie trochę tak działa: obiecuję sobie, że będę mniej krytyczna wobec innych kobiet. Bo czy nie jest tak, że najbardziej kąśliwe komentarze słyszymy z ust matki, sióstr, koleżanek? Jeśli Libor zdradza Blankę, to dlatego, że Blanka jest gruba. Olina sama jest sobie wina, że facet zostawił ją z dzieckiem, była widocznie zbyt niezależna jak na kobietę. Kristýna nigdy nikogo sobie nie znajdzie, jeśli nie przestanie ubierać się jak niesforna nastolatka. Stara śpiewka, co?

Pod śniegiem to powieść zdominowana przez kobiety. Ich krzyki, sprzeczki, złośliwości. Nie jest jednak tak, że matka i siostry nie darzą się miłością. Ich relacje do złudzenia przypominają te istniejące w wielu rodzinach: wściekamy się, mamy siebie dosyć, posyłamy się w czorty, ale w sytuacji kryzysowej przywiązanie i troska biorą górę. To kobiety u Soukupovej tworzą dom: wrzeszczą, marudzą, obrażają się, ale są obecne, podczas gdy mężczyźni usuwają się w cień, uciekają do pracy, na siłownię, za ekran komputera.

Siłą książki Petry Soukupovej jest jej zwyczajność. Autorka nie upiera się, że napisze arcydzieło, że wbije nas w fotel, wystrzeliwując fajerwerki w finale, albo włoży w usta bohaterów uniwersalne życiowe mądrości. Może dlatego udaje jej się stworzyć powieść szczerą, autentyczną i bezpretensjonalną – na poziomie fabuły i języka (naprawdę udane tłumaczenie Julii Różewicz!). „Życie nie jest lekkie ani piękne jak śnieg” – pisze Soukupová. „Życie jest ciężkie, ale jest piękne, skoro tak jesteśmy do niego przywiązani” – odpowiedziałby jej jedna z bohaterek ostatniego, niedokończonego filmu François Truffaut.

 

Mówimy o: Petra Soukupová, Pod śniegiem, przeł. Julia Różewicz, Afera, Wrocław 2016.

 

Ten wpis jest częścią cyklu #girlpower: o książkach pisanych przez kobiety, lecz nie dla kobiet. Dla ludzi.

Zostaw komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.