Jeszcze zanim do kin wszedł film o jej życiu, a jej książka doczekała się kwiecistej okładki, Michalina Wisłocka była postacią, o której większość z nas choć raz słyszała. Starsi z wypiekami na twarzy czytali Sztukę kochania, a młodsi słuchali opowieści starszych lub sami wygrzebali pożółkły egzemplarz z biblioteczki rodziców. Ja po raz pierwszy usłyszałam to nazwisko dawno temu – była to późna podstawówka lub wczesne gimnazjum. Dzieciaki myliły Wisłocką z Wisławą Szymborską  – ja bardziej zainteresowałam się tą drugą i pierwsza poszła w zapomnienie.

Najnowsze wydanie Sztuki kochania powstało przy okazji premiery filmu o słynnej pani seksuolog i przyznaję z niejakim zażenowaniem, że dałyśmy się porwać okołopromocyjnej gorączce. Tutaj ekscytowałyśmy się ładniutką okładką, a tutaj w ciemno polecałyśmy tę książkę zamiast lekcji WDŻ. Szanowni państwo, biję się w pierś i odwołuję: nie dajcie się zwieść kwiatuszkom i splecionym dłoniom – nie podsuwajcie tego dzieciom do czytania (choć WDŻ też odradzam z całego serca)! Najlepiej będzie po prostu otwarcie z nastolatkami pogadać, bo jeśli dopuścicie Wisłocką do głosu, nie wyjdziecie na tym najlepiej.

Zacznijmy jednak od początku: choć do Sztuki kochania przymierzałyśmy się już od jakiegoś czasu, sięgnęłam po nią dopiero po obejrzeniu filmu, który okrutnie mi się nie podobał. Słodki, śmieszniutki, nostalgiczny PRL, rozwiązania fabularne na miarę Magdy M lub innego serialu telewizyjnego (widać, że TVN sponsorował tę produkcję) oraz Wisłocka gestykulująca jak szalona i zachowująca się jak ekscentryczna ciotka-emerytka, którą musisz zaprosić na wesele, bo boisz się, że rodzina się obrazi – niestety, nie trafiło to do mnie zupełnie. Po wyjściu z kina byłam rozczarowana i zawiedziona, bo spodziewałam się znacznie więcej po historii rewolucji seksualnej w Polsce. W poszukiwaniu pocieszenia (choć już bez tak wysokich oczekiwań) sięgnęłam po Sztukę kochania i pozwoliłam, by Wisłocka przemówiła do mnie własnymi słowami.

To, co powiedziała mi przez te kilkaset stron sprawiło, że wszystko mi opadło (i nie pomógł nawet fakt, że patronat nad publikacją objął producent środka wspomagającego erekcję). Bo między pozycjami seksualnymi, sposobami na przedłużenie stosunku i zapobieganie ciąży, pani ginekolog opowiada nam rozmaite historie. Sypie ciekawostkami jak z rękawa. Oto kilka z nich:

  • W towarzystwie zawsze się uśmiechaj i tryskaj energią, bo “smutne pozostają samotne”. – s.87
  • W konflikcie z mężczyzną możesz sporo ugrać, jeśli się rozpłaczesz. Niestety, działa to tylko, jeśli jesteś blondynką, bo brunetkom robią się czerwone plamy na twarzy, wyglądają brzydko i ich płacz nikogo nie rusza. – s.87
  • Jeśli jesteś mężczyzną, nawet nie próbuj płakać, bo to żałosne i nikt nie będzie cię traktował poważnie. – s.88
  • Mężczyźni nie lubią się myć i nie należy ich do tego zmuszać, raczej zachęcać i motywować przez zabawę. – s.114
  • Z kobietami należy się obchodzić delikatnie, wyjątek stanowią te otyłe, które warto mocno klepać, by coś poczuły przez grubą warstwę tkanki tłuszczowej. – s. 121
  • Na samych jarzynkach nie masz szans prowadzić udanego życia seksualnego – w mięsie jest moc!
  • Obrzezanie kobiet w krajach afrykańskich jest w sumie całkiem OK, bo to jedyny sposób na okiełznanie ich nadmiernego temperamentu seksualnego. – s. 230-231
  • Gwałt jest “smutną konsekwencją” nierozsądnego postępowania dziewczyny, która swoim zachowaniem nie raz sama się o to prosi (gdzie się podziały czasy przyzwoitek?!). – s. 49-50

Autorka daje też garść rad, jak zaspokoić męża w okresie poporodowym tak, by nie zmuszał nas do seksu waginalnego, dzięki czemu być może nie dostaniemy ciężkiego zapalenia jajników i nie wylądujemy w szpitalu (s. 69).

Na deser poruszająca historia pary, która po wielu latach małżeństwa wciąż nie doczekała się potomstwa i zgłosiła się z tym problemem do dr Wisłockiej. Jakież było zdziwienie żony, gdy okazało się, że biologicznie pozostała dziewicą! Zapłakana błagała panią doktor, by ta nie mówiła o tym jej mężowi, bo „tak bardzo nie chciałaby zranić jego ambicji, wpędzić go w kompleksy”. Jednak nasza rewolucyjna ginekolog (zawsze pod prąd!) nie posłuchała próśb pacjentki i poinformowała o wszystkim jej małżonka, a on poprosił, by nie mówiła nic żonie. Nie chciał, by myślała, że go zawiodła i nie dała mu wszystkiego, „co mogła i chciała dać”. Błona została nacięta, a para szczęśliwie się rozmnożyła (s. 163).

Podobnych absurdalnych ciekawostek i historyjek z niedorzecznymi morałami jest tu bardzo wiele. Myślę, że gdyby nie pewien bardzo ważny czynnik, byłabym skłonna przymknąć na nie oko i zacząć zauważać plusy  – na przykład ciekawe nawiązania do kultury i sztuki, lekki, gawędziarski ton czy chociażby najważniejszy aspekt: fakt, że Wisłocka była pierwszą kobietą, która otwarcie i przystępnie mówiła o seksie, a dzięki Sztuce kochania tysiące Polek i Polaków zaczęło przeżywać w sypialni prawdziwe przygody. Cóż to za czynnik, który nie pozwolił mi docenić „książki, która podpowiada, jak żyć żeby chciało się kochać”?

Zabawię się teraz w Emila Zolę i krzyknę: J’accuse! Lecz nie będę tu oskarżać Wisłockiej. Nie można mieć do niej pretensji o to, że kilkadziesiąt lat temu napisała książkę, która w XXI wieku brzmi śmiesznie. Mam żal do wydawcy. O to, że wydał Sztukę kochania bez żadnego krytycznego komentarza (zaktualizowany rozdział o antykoncepcji nie wystarczy). O to, że “mecenasem wydania” jest producent środka na potencję. O to, że na czwartej stronie okładki mówi się, że książka “zadziwia aktualnością”.

Patrzyłabym na tę publikację łaskawiej, gdyby była promowana jako ciekawostka z przeszłości, ważny element edukacji seksualnej Polaków w czasach PRL-u. Jako wciąż aktualnemu podręcznikowi życia i miłości  – daję zero punktów.

Mówimy o: Michalina Wisłocka, Sztuka kochania, Agora 2016.

Komentarze (4) + Dodaj komentarz

  1. melisana.klosterfrau napisał(a):

    Cóż, okładka wciąż jest piękna… Świetny tekst, właśnie w tym rzecz – wystarczyłby krytyczny wstęp na 3 strony.

  2. Ewa Popielarz napisał(a):

    Chyba jestem utajoną brunetką, bo mnie – blondynce – wyskakują plamy na twarzy jak ryczę 😀 Pozostałych cytatów aż nie chce się komentować…

    Czyli mówicie, że jeśli 5-letnia córka pytała mnie ostatnio, jak to się dzieje, że dziecka nie ma, a potem jest – i jak to zrobić, żeby było – to mam jej raczej nie polecać Wisłockiej? 😀

  3. Szwedzka półka napisał(a):

    Super, że w końcu ktoś napisał krytycznie o tej książce. Nie chce się wierzyć w te cytaty, ale Wam wierzę 🙂

Zostaw komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.