Jest sierpień 1986 roku. W Nyos życie toczy się zupełnie normalnie: ludzie gawędzą, jedzą i piją, bydło się pasie, psy i koty wałęsają się po okolicy. Mieszkańcy spogladają na zachód słońca, nie mając pojęcia, że nie dożyją wschodu. Następnego ranka w całej dolinie jest cicho jak makiem zasiał. Ciała ludzi i zwierząt leżą porozrzucane tu i tam, jak szmaciane lalki.

Stephen King zrobiłby z tego horror, ktoś inny (planowałam użyć konkretnego nazwiska, ale nie znam żadnych autorów science fiction) mógłby to przerobić na apokalipsę zombie. Wrażliwsi skupiliby się na tragedii pozostałych przy życiu krewnych i przyjaciół ofiar, wielbiciele sensacji węszyliby spisek. A co zrobił Frank Westerman?

Przede wszystkim: nie szukał odpowiedzi. Jeśli liczycie na to, że po przeczytaniu tego reportażu wszystko się wyjaśni, a autor zaserwuje Wam garść rozwiązań, to czeka Was spore zaskoczenie. Bo autor niczego nie tłumaczy, on po prostu bierze czytelnika za rękę i prowadzi go w las. A im dalej idziemy, tym więcej drzew.

Książka zaczyna się afrykańską legendą o złowieszczym jeziorze (wciska w fotel!), by płynnie przejść w zupełnie inną opowieść. Na początek autor serwuje nam historię ludzi, którzy, w przeciwieństwie do niego samego, poszukiwali przyczyny katastrofy. Tak oto dowiadujemy się, że naukowcy badający to zjawisko podzielili się na dwa wrogie, rywalizujące z sobą obozy. Opisy przepychanek i sporów między geologami mają w sobie pewien trudny do określenia urok i wydają się być niezłym materiałem na film. Trochę przywodzą mi na myśl izraelski Przypis (porywający film o badaczach talmudu – nie żartuję i polecam!).

W drugiej części Westerman dociera do misjonarzy i ludzi, którzy w katastrofie upatrują działania złych mocy. Trzecia i ostatnia część poświęcona jest temu, jaki wpływ na Kameruńczyków miało to zdarzenie. Autor odnajduje wpływy tragedii na lokalną sztukę, dociera też do antropologów i zwykłych obywateli, na których życiu wydarzenia z sierpnia 1986 odcisnęły piętno.

Martwa dolina nie jest reportażem o tajemniczej nocy, podczas której zginęło mnóstwo żywych istot. Zamiast pytać: dlaczego?, Westerman zastanawia się, jaki wpływ miała tragedia w dolinie Nyos na życie ludzi w różnych zakątkach Ziemi. Spogląda na sprawę z wielu perspektyw, dociera do rozmaitych osób o skrajnie odmiennych doświadczeniach i poglądach. Dzięki temu tworzy spójny, wiarygodny i zróżnicowany obraz. Ogrom wysiłku i pracy reporterskiej włożony w przygotowanie tej książki robi duże wrażenie. I choć podczas papierowej wędrówki przez Kamerun nowe pytania i wątpliwości będą Was atakować zza każdego zakrętu, możecie być spokojni: autor trzyma rękę na pulsie i bezpiecznie doprowadzi Was do końca podróży.

Zamiast podsumowania anegdotka: pewnego razu, gdy czytałam Martwą dolinę, podszedł do mnie kolega i spytał, o czym jest książka. Podekscytowana odpowiedziałam, że o pewnej nocy, podczas której w tajemniczy sposób zginęło wszystko, co zamieszkiwało jedną z dolin w Kamerunie. “A, tak, słyszałem o tym. To dlatego, że z pobliskiego jeziora wydobywał się trujący gaz. No, to już nie musisz tego dalej czytać” – odrzekł, bardzo z siebie zadowolony. Co za szczęście, że Frank Westerman nie miał do sprawy podobnego podejścia! Wtedy nie powstałby jeden z ciekawszych reportaży, jakie ostatnio miałam okazję czytać.

 

Mówimy o: Frank Westerman, Martwa dolina, tłum. Małgorzata Diederen-Woźniak, Dowody na Istnienie, Warszawa 2017.

 

Zostaw komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.