Może trudno w to uwierzyć, ale czytamy właściwie same dobre książki. Wielu naszych znajomych uważa, że pewnie jesteśmy mało krytyczne, ale tak może stwierdzić tylko ktoś, kto nigdy nie był z nami w empiku. Nasza filozofia jest prosta: mamy ograniczony czas na Ziemi i nie chcemy go marnować na byle co. Przygotowałyśmy kilka wskazówek, jak przeprowadzać selekcję i szybko oraz prawie bezboleśnie wyławiać perły ze sterty śmieci:

 

1. Kto tę zupę uwarzył?

Po pierwsze: autor. Jeśli pisarz raz dał czadu i wyprodukował powieść, od której nie mogłeś się oderwać, jest spora szansa, że z kolejnym tytułem będzie podobnie. My na bezdechu wymieniłybyśmy kilka pewniaków – jednych, jak Mabanckou, pochłaniamy hurtowo, rzucając się na każdą nową książkę, innych, na przykład Coetzee’ego, dawkujemy sobie po trochę w obawie, że któregoś dnia zostaniemy z niczym.

 

2. Wspaniała i kochana przez wszystkich

Jeśli jakąś książkę czyta twój marudny sąsiad, promotorka twojej pracy magisterskiej, pani z osiedlowego warzywniaka i szwagier kuzyna twojej teściowej, to prawdopodobnie możesz ją sobie odpuścić. My od lat trzymamy się tej zasady i świetnie na tym wychodzimy!

 

3. Rekiny biznesu

Wydawcy dzielą się na minimum dwa typy: jedni wydają to, co sami chcieliby przeczytać, inni zwyczajnie robią interesy. My od spotkania z krwiożerczym rekinem biznesu stanowczo wolimy spełniające czytelnicze marzenia złote rybki, takie jak Karakter, Wydawnictwo w Podwórku albo Dowody na Istnienie.

 

4. Mamusiu, tatusiu, za co mnie tak nienawidzicie?

Tytuł nie zawsze jest dobrą wskazówką, bo bywa, że stanowi element literackiej gry, a jego zadaniem jest wyprowadzić czytelnika w pole, jednak na widok niektórych konstrukcji natychmiast uruchamia nam się w głowach alarm. Mamusiu, tatusiu, za co mnie tak nienawidzicie? – nikt nas nie przekona, że pod tym tytułem kryje się coś więcej niż kiepskie czytadło żerujące na emocjach mało doświadczonych odbiorców.

 

5. Oceniaj po okładce

Owszem, zdarzają się świetne książki okaleczone paskudnym wydaniem, jednak okładka często niesie z sobą istotne informacje o treści. Nam czerwona lampka zapala się między innymi na widok kosmitów, zapłakanych dzieci, koronkowej bielizny, uśmiechniętych pań pijących herbatkę, nagich męskich torsów, dziewczyn w bikini i dinozaurów.

 

6. A to feler, westchnął seler

Nie czytamy bestselerów. Jeśli coś sprzedaje się w milionowych nakładach, to prawdopodobnie więcej ma wspólnego z hamburgerem z Maka niż z dobrą literaturą. Jeśli wolisz uniknąć mdłości, sięgaj raczej po świeże i aromatyczne best_selery.

 

7. Patrz na metki

Serie wydawnicze to znakomity wynalazek. Dzięki nim wydawca w jasny sposób kategoryzuje książki, które są do siebie w jakiś sposób podobne, jakby wkładał czekoladki do pudełka. Jeśli jedna ci posmakowała, jest spora szansa, że druga też okaże się wyborna!

 

8. Czerwony dywan

Co z nagrodami? Najważniejsze to nauczyć się odczytywać strzałki – u każdego legenda wygląda trochę inaczej. My nie lubimy masówki, więc tak jak wypinamy się na Oscary, tak gdzieś mamy listę największych bestselerów w USA i nagrody literackie pisemek o modzie i urodzie. Nigdy nie zawiodła nas za to Prix des cinq continents, której laureatami są tłumaczeni na polski Alain Mabanckou, Kossi Efoui czy Kamel Daoud.

 

9. Jedna pani drugiej pani

Miło i dobrze jest polecać sobie książki, jednak pod warunkiem, że masz zaufanie do gustu osoby polecającej. Zafascynowanego porwaniami przez UFO kolegę i koleżankę uwielbiającą reality show o pięknych i bogatych wolimy zabrać na piwo niż na zakupy do księgarni.

 

10. Cokolwiek pan powie, drogi panie

Warto czytać recenzje w prasie oraz w sieci i znaleźć kogoś, komu w pełni zaufasz. My na przykład, gdy nie wiemy, czy iść na jakiś film do kina, sprawdzamy, czy przypadkiem nie pisał o nim Bartosz Żurawiecki – jeśli poleca, biegniemy na seans. Z książkami też tak można!

 

 

Komentarze (7) + Dodaj komentarz

  1. Jess napisał(a):

    Dogadałybyśmy się:) zgadzam się z Wami.
    Ja dorzucam jeszcze do listy kilka punktów:

    1. ( rzadko czytam beletrystykę) ale jesli juz sprawdzam najpier kilka stron w ksiegarni, jesli ksiązka jets napisana dobrym jezykiem, to wyłapiesz to na pierwszej stronie, jelsi nie od pierwszej strony niczym obuchem dostaniesz lawina podwórkowego języka.
    2. Wybieram ksiązki pod kierunek podrózy, ( z zachowaniem wszystkich tych zasad dobrych wydawnic, reportazy, relacji z podrózy)
    3. Czytam recenzje na sprawdzonych blogach.

    ps. bestsellery to zawsze cięzki temat, jesli coś jest dla kazdego to jest…
    no własnie

    pozdrawiam ciepło!

  2. parapet literacki napisał(a):

    No cóż, to już chyba nudne, bo znowu zgadzam się całkowicie, podobnie jak przy tekście o książkach, których nie przeczytałyście i nie przeczytacie 😀
    Czytając wpis zdałam sobie sprawę, że taką czytelniczą świadomośc tego, co mi się podoba, a co nie i wewnetrzą książkową intuicję zyskałam w przeciągu ostatniego roku, może półtora i wiąże się to ściśle z blogowaniem. Poznałam masę wydawnictwa wcześniej mi nie znanych, ba, w ogóle zaczełam zwracać uwagę na to, kto wydał książkę. Nigdy wcześniej nie byłam tak na bieżąco z nowościami, tymi które mnie interesują i tymi, które wcale nie. Mam wrażenie, że moje wcześniejsze dobory lektur były bardziej przypadkowe.
    Teraz skuchy mi się prawie nie zdarzają, chyba że… przeczytam bestseller, albo coś ze współczesej prozy amerykańskiej. W ostatnich 12 miesiącach złapałam się na trzy książkowe „hity” i wszystkie trzy były słaaabe: Fatum i Furia, Małe życie i Shantaram. Ojezusie. Zmarnowane godziny.
    No i cała reszta, wszystko prawda. To o wydawnictwach, które wydają to, co sami chcieliby czytać. Proste i prawdziwe.

  3. Anna napisał(a):

    Dodałabym jeszcze jedno – nazwisko tłumacza, ono często nam powie że coś warto przeczytać, nawet jeśli nic nie wiemy o tytule czy autorze, a także czego możemy się spodziewać po książce. Czasem zdarza się, że dobre książki są masakrowane przez tłumaczy ze zbyt małym doświadczeniem i zbyt krótkim czasem na tłumaczenie. Taka sytuacja wiąże się z reguły z poziomem wydawnictwa, o czym pisałyście.
    Ale też nie przesadzajmy ze snobizmem względem wydawnictw, to są przedsiębiorstwa nastawione na zysk, muszą zarabiać 😉 Nie tylko niszowe wydają dobre książki, przecież takie na przykład Wydawnictwo Literackie też jest marką samą w sobie (pomijając tę część oferty kierowaną do niewybrednego czytelnika) albo Czarne (mimo różnego poziomu wydawanych reportaży nadal wydaje najwięcej tych najlepszych), inne duże wydawnictwa też mogą się poszczycić seriami godnymi uwagi. Małe wydawnictwa mają mniejszą ofertę, stąd proporcjonalnie więcej u nich dobrego, z drugiej strony inwestują w książki z innego kręgu kulturowego niż dominujący na naszym rynku anglosaski, znajdują niszę na rynku, ale z samej niszy nie da się utrzymać wydawnictwa, dlatego wcześniej czy później oferta u nich się poszerza, najważniejsze by dbały o poziom wydawanej literatury. Kiedyś WAB też było młodym graczem z ambitną ofertą, wydawało wiele debiutów…

  4. Ew. napisał(a):

    Zawsze można kupić posłuchać co doradza księgarz w księgarni kameralnej. Zazwyczaj są tu ludzie, którzy czytają to co mają na półce i wiedzą co jest dobre.

  5. agussiek napisał(a):

    Podpisuję się pod Waszym tekstem obiema rękami.
    Od siebie dodam jeszcze jeden pomysł: tworzenie list. Przemyślanych list książek, które koniecznie chce się przeczytać (albo i mieć). Aktualizowanie ich na bieżąco sprawia, że ostatecznie zostają na nich tytuły, które naprawdę na to zasługują.
    Na początku roku ułożyłam listę 100 tytułów, KTÓRE BARDZO CHCĘ PRZECZYTAĆ. Ok, przeczytałam dopiero cztery z nich, ale wszystkie oceniłam na 5 lub 6 – więc uznajmy, że metoda działa 🙂
    W dodatku na lubimyczytac.pl mam półki „lista zakupów – nowości” oraz „chcę mieć”. Regularnię dodaję i usuwam tytuły, a te które dłużej na niej widnieją trafiają w końcu na półkę. W ten sposób kupuję świadomie, a nie impulsywnie.

    Nie ma się co oszukiwać: wraz z wiekiem i liczbą przeczytanych tytułów coraz lepiej znamy swoje literackie gusta i wiemy, po co warto sięgać. Rozwija się nasza czytelnicza intuicja i warto na niej polegać 🙂

    • melisana.klosterfrau napisał(a):

      O tak, gdyby nie listy, utonęłabym – a czasami bywa, że po kilku dniach/tygodniach/miesiącach myślę: „Naprawdę chciałam to przeczytać, a nawet kupić?” 😀

Zostaw komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.