Macie czasem tak, że brakuje wam czegoś, ale nie jesteście w stanie tego nazwać? W swoim czytelniczym życiu przeżywam takie kryzysy dość często. Jest we mnie paląca pustka, którą zapełnić może tylko dobra książka, ale dobra w określony sposób, dostarczająca wrażeń, których akurat mi potrzeba. Co za szczęście, że trafiłam na Poleciały w kosmos Idy Linde – z tej lektury nie tylko wyciągnęłam dla siebie wszystko, czego potrzebowałam, ale nawet zostało trochę, żebym sobie zapakowała na drogę.

Dobrze pamiętam swoje pierwsze spotkanie z twórczością Linde. Było to podczas Międzynarodowego Festiwalu Opowiadania we Wrocławiu. Ostatnie godziny festiwalu poświęcone zostały na odczyty opowiadań każdego z zaproszonych gości. Zjechali z całego świata, każdy z plikiem zapisanych kartek, z własnym słowem, które miało się zmaterializować w ciasnej, ciemnej i dusznej sali kilkaset metrów od wrocławskiego Rynku. Gdy do niej weszłyśmy, wydarzenie już trwało. Na środku siedział nieznany nam pisarz i w bardzo teatralny sposób czytał z kartki jakiś tekst. Jego entuzjazm i zaangażowanie były godne podziwu, jednak na dłuższą metę potrafiły porządnie zmęczyć. I gdy już nam się wydawało, że dłużej tego nie zniesiemy, opowiadanie się skończyło, a publiczność nagrodziła czytającego brawami.

Wtedy przyszła kolej na nią. Ida Linde zajęła miejsce zwolnione przez emfatycznego literata, usiadła i ze spokojem zaczęła snuć swoją opowieść. Przepadłyśmy. Dałyśmy się ponieść hipnotyzującej melodii języka szwedzkiego, zachwyciłyśmy się prostymi, lecz mocnymi zdaniami (polskie tłumaczenie Justyny Czechowskiej było wyświetlane na ekranie zawieszonym pod sufitem). Nawet nie zauważyłyśmy, kiedy historia dobiegła końca. Z niedowierzaniem popatrzyłyśmy po sobie. To wszystko? Chcemy więcej! Wiedziałyśmy, że musimy zdobyć książkę, z której pochodził ten tekst. A był to fragment nieopublikowanej  wówczas jeszcze powieści Poleciały w kosmos.

Teraz, gdy na rynku ukaże się Na północ jedzie się, by umrzeć autorstwa tej wyjątkowej szwedzkiej pisarki, pomyślałam, że warto napisać coś o książce, od której rozpoczęła się moja przygoda z jej twórczością.

W czym leży siła Poleciały w kosmos? Moim zdaniem przede wszystkim w prostocie. Za to właśnie lubię skandynawskich autorów: choć wkładają w swoją twórczość sporo wysiłku, na nic się nie silą. Historia Eleonore oraz jej eksplorujących Wszechświat córek, Silji i Sontag, rozbrzmiewa jasnymi, przejrzystymi zdaniami. W języku, jakim jest opowiedziana, kryją się pułapki i niespodzianki ­– opowieść co chwilę rozprasza się na drobne strużki, by wkrótce połączyć je w jeden wartki nurt.

Jak zwykle, gdy mowa o literaturze szwedzkiej, nie mogę uniknąć nawiązań do Wróżby Agnety Pleijel, powieści, na punkcie której oszalałam kilka miesięcy temu i do której to dziś żywię gorące uczucia. Pamiętam, że gdy czytałam recenzje Wróżby na niektórych blogach, zastanawiałam się, czy chodzi o tę samą książkę. Tam, gdzie my widziałyśmy niesforną dziewczyńskość, odkrywanie świata poprzez doznania cielesne i duchowe oraz kształtowanie osobowości, inni dostrzegali straumatyzowane dziecko i patologiczną rodzinę. Dlatego teraz, gdy chcę napisać coś o fabule Poleciały w kosmos, zastanawiam się, ile osób odczyta ją tak jak ja.

O czym jest ta książka? O samotności, ulotności i o tym, że niektóre aspekty  życia często umykają definicjom. Już na pierwszej stronie zostajemy wystrzeleni w kosmos razem z Siiją i Sontag. Jedna chce zdjąć hełm (czy pragnie śmierci?), druga woli spełnić misję i stworzyć więź. Czy to możliwe, gdy każda jest w osobnej rakiecie? I nagle ciach, wracamy na Ziemię, cofamy się w czasie i poznajemy Eleonore, matkę dziewczynek.  Jest jeszcze dzieckiem, gdy mówi do swojej matki: „Nie interesują mnie inni, interesuję się sobą”. Tak będzie już zawsze.

Śledzimy życie Eleonore od wczesnej młodości. Razem z nią kończymy szkołę i wyjeżdżamy na studia za granicę, poznajemy mężczyznę i wprowadzamy się do jego mieszkania.  Robimy karierę naukową, podróżujemy, poznajemy kolejnych mężczyzn. Zmieniamy adresy i stany świadomości, co jakiś czas przenosząc się poza ziemską atmosferę i słuchając dialogów między astronautkami.

To, co łączy wszystkich bohaterów, to wyobcowanie i  zanurzenie w samotności. Ludzie poznają się, nawiązują jakieś więzi, rozmawiają, czasem nawet śmieją się razem, lecz w końcu i tak każde z nich wraca do swojej skorupy. Nic nie jest pewne: miłość, rodzina, pożądanie. Rzeczy i osoby pojawiają się, lecz nigdy nie wiadomo, jak długo zostaną.

Wszystko w tej książce jest ulotne. Autorka nie pozwala nam uczepić się żadnego z fabularnych punktów. Mogłaby to być historia wielkiej miłości lub wielkiej kariery. Mogłaby to być opowieść o zdradzie, nieszczęściu i poszukiwaniu samego siebie. Ale nie jest.

Proza Linde wymyka się regułom i klasyfikacjom, sprawia, że przez cały czas unosimy się w przestrzeni, doświadczamy nieważkości. W końcu jesteśmy w kosmosie. Oszczędność i precyzja języka, a także niewielka objętość powieści sprawiają, że bardziej się ją przeżywa niż czyta.

Poleciały w kosmos to taka książka, którą warto przeczytać więcej niż raz. Z uwagą i otwartym umysłem, by powoli, stopniowo odkrywała przed nami kolejne niespodzianki.

Mówimy o: Ida Linde, Poleciały w kosmos, przeł. Justyna Czechowska, Lokator, Kraków 2016.

 

Ten wpis jest częścią cyklu #girlpower: o książkach pisanych przez kobiety, lecz nie dla kobiet. Dla ludzi.

Komentarze (2) + Dodaj komentarz

  1. Szwedzka półka napisał(a):

    Pamiętam, jak po udziale w kilku edycjach spisałam na straty Festiwal Opowiadania z powodu takich właśnie męczących odczytów nieznanych mi autorów… Teraz się obawiam, że popełniłam tym samym jeden z większych życiowych błędów… ;]

    • H. napisał(a):

      Co tu kryć, nie jest to z pewnością najlepszy festiwal literacki w tym kraju, a odczyty są rzeczywiście wyczerpujące i często śmiertelnie nudne. Ale zawsze może się trafić jakaś perełka! 🙂

Zostaw komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.