Przez całe życie wydawało mi się, że z językiem polskim radzę sobie całkiem nieźle. Dość szybko, bo jeszcze zanim stanęłam na nogach, zaczęłam wypowiadać pierwsze słowa, potem nauczyłam się czytać i pisać. Jestem w stanie prowadzić logiczną rozmowę i rozumiem, o co pyta mnie ekspedientka w sklepie. Potrafię nawet żartować i czasem moje żarty okazują się śmieszne. Tak, myślałam, że polski mam opanowany na zadowalającym poziomie. Wtedy na mojej drodze stanął Stanisław Czycz ze swoją książką Nie wierz nikomu.

To pokaźne tomisko składa się z dwóch powieści, z czego jedna została zrekonstruowana na podstawie redaktorskiego śledztwa i po raz pierwszy doczekała się publikacji dopiero w zeszłym roku. Opisywane jako dzieło antyreżimowe i poddawane cenzurze w czasach Polski Ludowej, bardzo mnie kusiło i ochoczo zabrałam się do lektury.

Przeczytałam pierwszą stronę, potem drugą… Potem znów pierwszą, ale do połowy, bo musiałam zacząć od nowa. O czym ja czytam? Miałam wrażenie, że mózg wypływa mi uszami jak dzielnemu rycerzowi ze średniowiecznej Pieśni o Rolandzie. Urywane zdania, pozornie zupełnie z sobą niezwiązane. Jakieś strzępki słów, mnóstwo wielokropków.  O swojej alergii na wielokropki pisałam już kiedyś tutaj, w kontekście reportażu Wojna nie ma w sobie nic z kobiety. W przypadku Swietłany Aleksijewicz poległam i nie zdołałam doczytać do końca. Tym razem postanowiłam jednak, podobnie jak Roland, nie dawać za wygraną i dzielnie kontynuowałam lekturę, aż w końcu udało mi się nastroić na właściwą częstotliwość, wpaść w ten dziwny rytm i czerpać z tego przyjemność.  Oraz – co najważniejsze – rozumieć, co czytam.

Teraz dobrze byłoby płynnie przejść do tego, co przeczytałam. Mogłabym się tutaj zastanawiać, jak ta książka była odczytywana w czasach PRL-u, wyszukiwać fragmenty, które podrażniły cenzorów, opisywać dziwne przygody, które spotkały głównego bohatera. Nie zrobię tego jednak i zamiast zanurzać się w przeszłości, skupię się na tym, co dzieje się tu i teraz. Czy książka, która powstała w czasach Polski Ludowej, wciąż jest aktualna?

Po pierwsze: forma. Pod tym względem Nie wierz nikomu musiało być absolutnie nowatorskie. Gdy czytałam Kielonka czy Zwierzenia jeżozwierza Mabanckou, zadziwiało mnie i zachwycało to, że brak tam kropek i wielkich liter. Okazuje się, że w latach ’80 w Polsce był facet, który też tak eksperymentował! Mabanckou nawiązuje w ten sposób do afrykańskiej tradycji ustnego przekazywania opowieści. Czytając Czycza również mamy wrażenie, że główny bohater do nas mówi. Na dodatek niezbyt ogarnięty z niego chłopak. Plącze się, ucieka myślami w niespodziewane miejsca, pogrąża się w zadumie. Świetnie to widać we fragmentach, w których opowiada nam o swoich doświadczeniach seksualnych: brakuje mu słów, urywa w pół zdania, jakby był zakłopotany lub podekscytowany. Inni bohaterowie również mają swój unikalny sposób mówienia, swoje słownictwo i wymowę (Czycz znakomicie to oddaje!).

Po drugie: bareizmy wiecznie żywe. Niektóre przygody naszego bohatera, jego potyczki z urzędami i opowieści o pomysłowych Polakach, którzy wiedzą, wokół czego się zakręcić i czego unikać, żeby wyjść na swoje, równie dobrze mogłyby wydarzyć się tu i teraz. Wygląda na to, że niewiele się zmieniliśmy przez te lata.

Po trzecie: klimat. Przecież to jest kompletna hipsteriada! Widzieliście Wyśnione miłości Xaviera Dolana lub Wszystkie nieprzespane noce Michała Marczaka? Pamiętacie tę trudną do opisania, miękką atmosferę, w której emocje, myśli, a nawet ludzie unoszą się kilka centymetrów nad ziemią? U Czycza jest podobnie: bohaterowie mają w sobie tę charakterystyczną niedbałość, relacje międzyludzkie są niedookreślone, dziwne i powyginane pod zaskakującymi kątami. A narrator opisuje świat w taki sposób, jakby wiecznie był na lekkim kacu.

Gdyby ktoś pokazał mi głównego bohatera i powiedział, że to przedstawiciel pokolenia Y, uwierzyłabym od razu. Delikatny, pogubiony, bez pomysłu na siebie. Zakochujący się w dziewczynie, której imienia nie zna: „gdy nam jakby wyleciało ze świadomości, że jest coś takiego jak imiona, i my też je mamy”. Krzepiąca myśl: młodość zawsze jest do siebie podobna, niezależnie od tego, w jakich okolicznościach ją przeżywamy.

Mówimy o: Stanisław Czycz, Nie wierz nikomu, Korporacja Ha!art, Kraków 2016.

Komentarze (2) + Dodaj komentarz

  1. Trochę mnie zniechęciłaś, a trochę zachęciłaś, więc wychodzi na zero. 😀 Może kiedyś się skuszę, żeby sprawdzić na własnej skórze, czy hipsterstwo w wydaniu Czycza do mnie przemawia, chociaż muszę przyznać, że cierpię na tę samą alergię, co Ty i nie będzie mi łatwo przełamać opór. Za to sama recenzja miodzio, czyta się wspaniale!

    • H. napisał(a):

      Właśnie problem polega na tym, że ja sama nie wiem, czy bym tę książkę poleciła! 😀 Na pewno nie pozostawiła mnie obojętną, więc musiałam o niej napisać. Jeśli kiedyś Czycz wpadnie Ci w ręce, daj znać!

Zostaw komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.