Czy opowieść o dziadku, który za działalność w antyfaszystowskim ruchu oporu skazany zostaje na obóz koncentracyjny, może być jednocześnie hymnem na cześć życia? Jánowi Púčekowi, młodemu słowackiemu prozaikowi, nadzwyczaj zgrabnie udaje się spleść jedno z drugim. Jego świeżo wydana w Polsce powieść Przez ucho igielne (sploty) to naszpikowana emocjami rodzinna historia, której tragiczne wydarzenia XX wieku nie zdołały pozbawić czułości i delikatności.

Klimat książki doskonale oddaje umieszczony na wstępie wiersz Dom Štefana Strážaya. W kilkunastu wersach mieszają się radość i smutek, nadzieja i rozczarowanie, życie i śmierć. „Tutaj się rozstaniemy”, pisze, spoglądając na wznoszące się ściany, poeta, żeby zaraz dorzucić: „Ale na razie dzieci są jeszcze małe”. Uczuciami żongluje także Púček, przeplatając pory roku i regulując kąt widzenia. „Należy spoglądać wstecz, ale do przodu również – najlepiej robić to równocześnie”, notuje w jednym z pierwszych zdań, a ja, już po skończonej lekturze, zakreślam je sobie ołówkiem, uznając, że lepiej bym tej literackiej wyprawy nie opisała.

Przez ucho igielne (sploty) to powieść w pewnym sensie autobiograficzna. „W pewnym sensie”, bo to nie autor, a jego dziadkowie – Bożena i Jan – są jej głównymi bohaterami. „W pewnym sensie”, bo Ján Púček-narrator nie kryje, że tu i ówdzie historię trochę ubarwił, a kiedy indziej, trafiając na białe plamy, co nieco wymyślił. Na szczęście, ilość haczyków w drewnianej szopie i kolor wstążek przy dziewczęcych warkoczach nie są w jego opowieści najważniejsze.

A co jest?

Gdybym miała wybrać jedno słowo, odpowiedziałabym: pamięć.

Púček pisze, żeby nie zapomnieć. Wie, że to, co dzisiaj wyraźne, jutro się zatrze i zblednie, zrobi się nieczytelne, a pojutrze – zniknie bezpowrotnie. Słowa, nawet jeśli nieporadne, jako jedyne mogą ten proces zatrzymać. Púček pisze więc, żeby pamiętać – o dziadku Janie, babci Bożenie i wszystkich ścieżkach, które przemierzyli.

Jeśli rzucić okiem spis treści, przez chwilę może się wydawać, że mamy w ręku klasyczną powieść o miłości. Chłopak, Dziewczyna, Miłość jesienna – co innego mogłyby kryć te rozdziały? Między Chłopakiem a Dziewczyną wyrasta jednak dziwny, twardo brzmiący Spielplatz.

 

Spielplatz, plac zabaw. Na spielplatzu zabawy są trzy: praca, śmierć, głód. O spielplatzu nie da się opowiedzieć, o spielplatzu marzy się, żeby go nie było. Spielplatz to nie rozdział, bardziej rozdzialik. Dziura. Wyrwa. Pęknięcie. Spielplatz, obóz koncentracyjny.

 

Kiedy Jan, murarz, wraca po wojnie do rodzinnego Holíča, musi na nowo odnaleźć się w rzeczywistości. W miasteczku ubyło mieszkańców – zmarł jego ojciec, zniknęli żydowscy przyjaciele. W domu czeka nie dwójka, a trójka dzieci, najmłodsza Kamila cieszy się na widok „wujka”. Żona sprawia wrażenie obcej, niechętnie wchodzą sobie w drogę. Ubrania wyciągnięte z dna szafy są dziwnie luźne, niedopasowane.

W końcu Jan postanawia: założy szwalnię. Przez pięć lat robił swetry dla niemieckich dzieci,  przyzwyczaił się do stukotu maszyny. Nie wie jeszcze, że ten dźwięk pozostanie z nim do końca życia. To tutaj, w fabryce, odnajdzie wreszcie drugi koniec nitki. A u Púčeka póki człowiek ma nić, ma wszystko: „Człowiek nic nie stracił, jedynie tę szpulkę, która może zostać pod skrzynią jeszcze kilka kolejnych lat i nikomu nie będzie przeszkadzać. Człowiek niczego nie stracił, ma przecież nić”.

Choć bohaterowie powieści słowackiego pisarza doświadczają wielu dramatów: wojny, głodu, komunistycznego totalitaryzmu, Púček nie pozwala, żeby Wielka Historia zatarła pamięć o codziennych smutkach i radościach. Jego książka, choć miejscami smutna i nostalgiczna, obfituje także w przyjemne, ciepłe tony. W Przez ucho igielne (sploty) jest wszystko: melancholia, wybuchy radości, żal, przygnębienie, nadzieja, przyjemne oczekiwanie, strach, spokój i niecierpliwość. Wzruszenie jest objawem siły, bo w końcu „co płacze, to żyje”, a czy jest coś cenniejszego niż każde kolejne westchnienie? Kiedy Púček pisze o uczuciach, po plecach przechodzą mi dreszcze – bo u niego czują nie tylko ludzie, ale czuje też przyroda. Gdyby wszyscy w ten sposób opisywali naturę, uczniowie czytając lektury, zamiast omijać fragmenty o polach i drzewach, przepisywaliby je i wieszali na ścianach swoich pokoi.

Słowa w tej powieści szeleszczą, brzęczą, warkoczą. Są miękkie jak kłębek wełny albo ostre jak świeżo skoszona trawa. Przewracam kolejne strony i upewniam się, że tłumaczka Weronika Gogola odwaliła kawał dobrej roboty – pojęcia nie mam o słowackim, ale domyślam się, ile wysiłku trzeba, żeby odtworzyć tak delikatną fakturę i feerię dźwięków. A tutaj wszystko jest: i szepty, i gry słów, i postaci mówiące gwarą, które nie brzmią jak podróbka Kaszuba albo Górnoślązaka.

 

Jak to możliwe, pytam sama siebie, że czytając historię rodziny, której los mocno naznaczyła wojna, czuję się, jak gdybym słuchała jedynego w swoim rodzaju hymnu na cześć życia? Przyglądam się, jak Ján Púček, ogolonym na łyso chłopcom maszerującym przez miasto i rzucającym kamieniami w kebaby, i myślę sobie, że „może to naprawdę cud, że na tym świecie pomimo wszystko zostali jeszcze ludzie, że jeszcze wciąż nie zdążyliśmy się wszyscy wyciąć w pień”. Może to naprawdę cud, że ogrom zła nie zdołał zabić kruchości, łagodności i serdeczności – a tych w Przez ucho igielne (sploty) nie brakuje.

 

Mówimy o: Ján Púček, Przez ucho igielne (sploty), przeł. Weronika Gogola, Książkowe Klimaty, Wrocław 2017.

 

 

Komentarze (1) + Dodaj komentarz

  1. Barbara Jozefowicz napisał(a):

    Piękna, wzruszająca recenzja. Chcę tę książkę przeczytać. 🙂

Zostaw komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.