Posłuszna dotychczas żona odchodzi od męża, by w filmie Almodóvara zachęcać koleżankę do nasikania drugiej na twarz. Prezydent Madrytu mówi do ludzi na koncercie: Rockerzy, kto jeszcze nie jest na haju, do dzieła! Burmistrz maleńkiego pueblo zakłada się z proboszczem, który udzieli więcej ślubów – burmistrz wygrywa, bo pobiera z sobą gejów i lesbijki z całego świata. Trener koszykarek używa żeńskich końcówek, bo jest jedynym facetem w drużynie. Brzmi znajomo? Dla nas też nie. Kto by pomyślał, że 3000 km od Warszawy dzieją się takie rzeczy!

Aleksandra Lipczak zaprasza na wycieczkę po Hiszpanii. Ostrzegamy jednak, że ci którzy poszukują wczasów all inclusive, będą zawiedzeni. Nie będzie tapas, paelli ani flamenco. Żaden pan w śmiesznej czapce nie będzie wymachiwał czerwoną płachtą przed rozwścieczonym bykiem (choć byk się pojawi!). Nie upijemy się na szalonej imprezie na Ibizie i nie poderwiemy przystojnego Hiszpana. Ale będzie gorąco. I genialnie.

O czym w takim razie są Ludzie z Placu Słońca? O Hiszpaniach (tak!) z krwi i kości, z wszystkimi ich dziwactwami i traumami. O trupach w szafie i o żywych, którzy odważyli się z szafy wyjść. O trudnej historii, lecz bez ryzyka, że umrzecie z nudów (jak my przed laty na wykładach na iberystyce). O kobietkach, które całe życie tylko gotują obiadki, bo święcie wierzą, że Bóg obdarzył inteligencją wyłącznie mężczyzn, i o kobietach-superbohaterkach, takich jak Ada Colau, pierwsza w historii Barcelony burmistrzyni.

Do tej pory Hiszpania kojarzyła nam się z filmami Almodóvara i wiszącymi w knajpach szynkami (¡qué terror!), pachniała anyżem i gazpacho w szklance upapranej od churros con chocolate. W tle leciało Porque te vas. Ludzie z Placu Słońca odkrywają przed czytelnikiem to miękkie i galaretowate, co kryje się pod twardą skorupą stereotypów. Hiszpania (a może Hiszpanie, jak upierają się Katalończycy?), którą opisuje Aleksandra Lipczak, zaskakuje, nęci, a czasami przeraża. Raz inspiruje, a raz przypomina o tym, o czym chcielibyśmy zapomnieć.

Reporterka mierzy się ze współczesnymi tematami, takimi jak kryzys gospodarczy i kryzys wartości (kobiety chodzą do pracy bez pozwolenia męża, osoby tej samej płci biorą śluby?!). Przez jej teksty przewijają się aktywiści, uchodźcy, feministki i katalońscy polacos. A nawet krowy!

Krok w krok za autorką podąża jednak tajemnicza postać. Dziadzio Franco – jak mówi o nim Eugenio Merino, jeden z bohaterów książki. Okazuje się, że czy się to Hiszpanom podoba (a są tacy!), czy nie, duch dyktatora wciąż unosi się nad Hiszpanią i macza palce we współczesności. Wbrew temu, co można by podejrzewać, nie zawsze kończy się to źle. Bo choć choć niektórzy nadal odprawiają za przewodniczącego Falangi msze i z łezką w oku wspominają dobre czasy dyktatury, to inni za wszelką cenę chcą zerwać ze sztywną i staroświecką Hiszpanią, więc pokonują własne ograniczenia, żeby zbudować nowoczesne i solidarne społeczeństwo obywatelskie. Ah, gdyby generał Franco wiedział, że zafunduje Hiszpanii związki partnerskie, Podemos i feministki! A gdyby jakimś cudem podejrzał z zaświatów, że Barceloną rządzi lewicowa burmistrzyni?!

No właśnie! Burmistrzyni, ministra, polityczka – Lipczak nie boi się żeńskich końcówek (powtórzcie kilka razy, a też Wam przejdzie!) ani eksperymentów. W ogóle słowa jej nie straszne. Już od pierwszej strony czujemy, że nie mamy do czynienia z relacją z podróży, a z czymś głębszym, intensywniejszym i bardziej angażującym. Do tego stopnia, że razem z autorką stajemy oko w oko z bykiem, pocimy się w upale i popijamy wino (a rano kawę na przebudzenie).

Tempo naszych hiszpańskich wycieczek jest bardzo różne. W niektórych rozdziałach zostajemy na dłużej, inne kończą się bardzo szybko i okazuje się, że czas pakować walizkę i jechać dalej. Czasami nasza przewodniczka serwuje nam skrawki powycinane z gazety, a czasami potężne opowieści, które sprawiają, że podróżujemy w czasie. Choć nie sposób się nudzić, nie mamy wrażenia, że autorka staje na rzęsach, by nas zabawiać. W jej stylu i w treściach, jakie ma do zakomunikowania, jest siła i przekaz, który sam się broni. Bo koniecznie musimy zaznaczyć, że czytanie Ludzi z Placu Słońca było dla nas ogromną przyjemnością. Znałyśmy teksty i wywiady Aleksandry Lipczak już wcześniej, więc wiedziałyśmy, że możemy się spodziewać najwyższej jakości, ale tak duża dawka kompletnie zawróciła nam w głowach. Tę książkę się chłonie, pożera. Jest napisana lekko i inteligentnie, bez spiny. Czasem styl przypomina język mówiony, przez co mamy wrażenie, że siedzimy gdzieś na pogaduszkach, a nie czytamy książkę w samotności (z tego miejsca pozdrawiamy wszystkich naszych czepialskich profesorów krytykujących każde za mało sztywniackie zdanie). Tam, gdzie można pozwolić sobie na dowcip, jest zabawnie, tam, gdzie lepiej zachować powagę, jest przejmująco i poruszająco, a tu i ówdzie błyszczą powykręcane słowa i wyrażenia (tysiąc razy bardziej wolimy zabawy słowem w tym reportażu niż w nagradzanej polskiej prozie poetyckiej).

Gdyby kiedykolwiek przyszło nam debiutować jako reporterki, chciałybyśmy to zrobić chociaż w połowie tak świetnie jak Aleksandra Lipczak. Czapki z głów, drodzy państwo, i biegiem do księgarni! ¡Vamos!

 

Mówimy o: Aleksandra Lipczak, Ludzie z Placu Słońca, Dowody na Istnienie, Warszawa 2017.

 

Zostaw komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.