Pamiętam, jak na na studiach omawialiśmy różnice między prawdziwym a prawdopodobnym. Dopiero wtedy uderzyło mnie, że to, co dzieje się naprawdę, wcale nie musi brzmieć realnie. Historia człowieka, który jako dawca spermy został ojcem ponad dwusetki dzieci może być scenariuszem filmu sci-fi klasy B, materiałem na marną powieść lub na znakomity reportaż. Całe szczęście Kamil Bałuk poszedł trzecią drogą i zaserwował nam książkę, od której nie sposób się oderwać.

Zaczynamy od rodzinnych albumów. Oglądamy zdjęcia z dzieciństwa pozornie przypadkowych, niepowiązanych z sobą ludzi. Każda fotografia jest osobną historią, opowieści rozbiegają się w różnych kierunkach, lecz wszystkie wychodzą z jednego miejsca: z kliniki doktora Karbaata. To on pomógł Louisowi (Dawcy S, superogierowi) w zapłodnieniu około dwustu kobiet.

Czytanie Wszystkich dzieci Louisa jest trochę jak gra w memo (lub, jak to mówiłyśmy przed laty z babcią, w okienka): powoli odkrywamy poszczególne obrazki, które początkowo do siebie nie pasują, lecz z czasem zaczynamy kojarzyć fakty i wszystko składa się w spójną całość. Widzimy i rozumiemy coraz więcej.

A jest sporo rzeczy, które musimy zobaczyć i zrozumieć. Czytając, jednocześnie oglądamy programy telewizyjne i filmy dokumentalne, dostajemy mejle, cofamy się w czasie i podróżujemy, a to wszystko na zaledwie trzystu stronach. Mimo wielości informacji i bodźców, Bałuk ma stuprocentową kontrolę nad tekstem. Sprawnie żongluje wątkami, ucinając je we właściwych momentach, by powrócić do nich właśnie wtedy, gdy zaczynamy angażować się w kolejną historię. Talent na miarę Szeherezady z Baśni z 1001 nocy.

Nie tylko bohaterowie są jak skrojeni na potrzeby powieści. Sama historia też mogłaby być zmyślona. Kilkadziesiąt osób spłodzonych przez jednego mężczyznę i rozsianych po całej Holandii nawiązuje z sobą kontakt (spory udział mają w tym tandetne programy telewizyjne o poszukiwaniu zaginionych osób) i tworzy dziwną, lecz uroczą społeczność. Rodzinę. Czy członkiem tej rodziny stanie się też ich biologiczny ojciec? I co w ogóle ma on do powiedzenia? Zostańcie z nami, dowiemy się tego już po przerwie!

Spójrzmy prawdzie w oczy: wszyscy chcemy dowiedzieć się, o co tak naprawdę chodzi z tym Louisem. Dlaczego na potęgę oddawał swój materiał genetyczny? Gdzieś w głębi duszy czujemy, że to nie może być całkiem normalny facet. Nasze spotkanie z superogierem odwleka się jednak w nieskończoność. Najpierw poznajemy go przez opowieści innych ludzi. Ludzi, którzy mają 50% jego genów. Jedni są nim przerażeni, inni rozczarowani czy poirytowani. U nielicznych budzi fascynację. Gdy już nasze napięcie sięga zenitu, Bałuk pozwala nam je rozładować. I wydaje mi się, że wrażenia czytelników będą tak różne, jak różne były wrażenia dzieci Louisa. Co do jednego nie ma wątpliwości: jest on kluczem do tej historii i gdyby autorowi nie udało się do niego dotrzeć, cały reportaż nie miałby większego sensu.

Wszystkie dzieci Louisa odpowiadają na część naszych pytań, lecz pozostawiają nas z mnóstwem nowych. O to, czym właściwie jest rodzina i czy pokrewieństwo naprawdę ma znaczenie. I o to, jak samotnym można być, mając kilkaset dzieci.

 

Mówimy o: Kamil Bałuk, Wszystkie dzieci Louisa, Dowody na Istnienie, Warszawa 2017.

Zostaw komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.