Ilu ludzi spotkaliście w swoim życiu? Tysiące? Dziesiątki tysięcy? Większości z nich już nie pamiętacie. Starszy mężczyzna siedzący obok was w pociągu. Kobieta, która przepuściła was w kolejce do kasy, bo mieliście tylko butelkę soku. Nastolatek, który spytał, czy macie może ognia. Dziewczyna, z którą przegadaliście całą noc na jakiejś imprezie. Nasze drogi nieustannie krzyżują się z drogami innych ludzi, lecz niewielki procent tych przypadkowych spotkań pozostaje nam w pamięci. Z takich właśnie małych przebłysków poskładane są Ruiny i zgliszcza Wellsa Towera.

Gdy myślę o amerykańskim pisarzu, widzę przepitego twardziela, który odpala jeden papieros od drugiego i jada krwiste steki. Tamtejsza literatura smakuje mi jak napoje gazowane i brzmi jak piosenki z broadwayowskich musicali, a bohaterowie oślepiają mnie bielą swoich idealnie równych zębów za każdym razem, gdy autor pozwala im się odezwać. W opowiadaniach Towera jest zupełnie inaczej. Słychać trzask płyt winylowych łamanych o kant biurka i czuć smak pomidora zjedzonego na haju. Wszystko tu jest zwyczajne, a jednocześnie nietypowe.

Co decyduje o tym, że historia wydaje nam się warta opowiedzenia? Przemiana wewnętrzna bohatera? Odbicie się od dna i osiągnięcie spektakularnego sukcesu? Wielka miłość, która potrafi przezwyciężyć śmierć? Uwaga, spojler: w Ruinach i zgliszczach nie ma ani jednej takiej opowieści. A co jest?

Dziewięć miejsc, dziewięć postaci, dziewięć zwykłych żyć. Swoimi bohaterami Tower czyni właśnie takich ludzi, na których moglibyśmy przypadkiem wpaść w warzywniaku czy na stacji benzynowej. Skupiając się na przeciętności, pokazuje, że American dream to bujda. Każde opowiadanie jest strzępem, okruchem, z pozoru nieznaczącym wydarzeniem. Nauczeni doświadczeniem z amerykańską prozą, moglibyśmy oczekiwać zwrotów akcji, punktów kulminacyjnych i prostych rozwiązań. Na szczęście nic takiego się nie dzieje. Opowieści, nawet jeśli powoli stają się coraz bardziej gęste i przytłaczające, nie zmierzają ku oczekiwanemu rozładowaniu napięcia. Przynajmniej nie w takiej formie, do jakiej moglibyśmy przywyknąć. Kończą się, pozostawiając w nas uczucie zaciekawienia, niedowierzania, czasem nawet frustracji.

Sprawnie napisane, przemyślane i dobrze skonstruowane, Ruiny i zgliszcza wkręcają nam się gdzieś głęboko pod skórę i powracają nawet wtedy, gdy przeczytana książka już od dawna leży na półce. To naprawdę ciekawe doświadczenie, mieć w pamięci strzępy strzępów, okruchy okruchów, które łączą się z sobą, tworząc nowe kształty i formy. Tower w swojej narracji skupia się na detalach: zmysłowym ruchu, którym kobieta zgarnia z siebie krople wody, trzech portretach matki wytatuowanych na ramieniu mężczyzny, śpiewie drobnego kanciarza w restauracji. Do tej pory co jakiś czas wraca do mnie obraz nastolatków obściskujących się w planetarium czy dziewczynki, która żeby się uspokoić, wkłada do ust drążek skrzyni biegów.

Ruiny i zgliszcza są kolażem, zestawieniem obrazów, dźwięków, wspomnień i myśli. Teraz wyobraźcie sobie, że ktoś drze kolaż na strzępy i skleja go na nowo, tworząc inny obraz. Ten obraz to to, co pozostanie w was po przeczytaniu tej książki. W każdym przypadku będzie nieco inny, lecz niektóre barwy pozostaną te same.

 

Mówimy o: Wells Tower, Ruiny i zgliszcza, tłum. Michał Kłobukowski, Karakter, Kraków 2017.

 

 

Zostaw komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.