Moje dotychczasowe doświadczenia z zakonnicami ograniczały się do dwóch okropnych katechetek w podstawówce i powieści Diderota przeczytanej na studiach. Była to wstrząsająca historia, ale gdzieś w głębi serca łudziłam się, że skoro to tekst z XVIII wieku, to nijak ma się do obecnej rzeczywistości. Okazuje się, że byłam w błędzie. Przynajmniej jeśli chodzi o polską rzeczywistość. Elfriede Jelinek pisze, że “kobiety często wychodzą za mąż lub giną w inny sposób”. Na przykład idą do polskiego klasztoru, jak pokazuje książka Marty Abramowicz.

Bo rzeczywiście, czytając relacje byłych sióstr, można stwierdzić, że tam się znika. Nawet jeśli ostatecznie zrzuci się habit, nadal trudno jest istnieć, czego dowodzi fakt, że reporterka musiała się nieźle natrudzić, by w ogóle dotrzeć do swoich rozmówczyń. Czy to przypadek, że o większości tych kobiet ginie wszelki słuch? Ukrywają się, nie chcą opowiadać o tym, co przeżyły, zupełnie, jakby przeszłość odcisnęła na nich brzydkie piętno, którego nie należy pokazywać światu.

Nie wiem, jak to możliwe, ale od najmłodszych lat przeczuwałam, że coś niedobrego musi się dziać za klasztornymi bramami – gdy w drugiej klasie podstawówki katechetka zachęcała nas do modlitw o powołania zakonne, ogarnął mnie strach, że jeśli będę to robić zbyt gorliwie, sama zostanę powołana. Klasa chórem recytowała modlitwę, a ja ruszałam tylko ustami w nadziei, że jeśli nie wydobędę z siebie głosu, to nie będzie się liczyło.

Nawet moja dobra intuicja nie była jednak w stanie podpowiedzieć mi, co naprawdę przeżywają kobiety w klasztorach. Można by zrobić z tego materiał na pierwszą stronę brukowca, jednak Abramowicz przedstawia swoje bohaterki i ich historie z wyczuciem, bez niezdrowej, sensacyjnej nutki.

A takie nutki czają się w każdym rozdziale: dwie siostry zakochują się w sobie i uciekają, by założyć wegański pensjonat nad morzem, inna siostra zakochuje się w księdzu, jeszcze inna wstępuje do zakonu, by pomagać ludziom, lecz spotyka się tylko z hipokryzją i interesownością. Na szczęście Abramowicz nie traktuje swoich czytelników jak tłumu gapiów wokół wypadku na autostradzie. Nie mamy otwierać szeroko ust i gorączkowo robić fotek smartfonem. Mamy przystanąć i zastanowić się.

Mnie ta książka skłoniła do kilku refleksji: po pierwsze, jak bardzo okaleczająca może być źle pojmowana religijność. Robiło mi się słabo, gdy czytałam o wstrząsających grzechach bohaterek reportażu. Nie umyła talerza, czytała gazetę, zjadła trzy kromki chleba zamiast dwóch, chciała czytać książkę bez pozwolenia przełożonej, za głośno się śmiała. Ta absurdalna lista ciągnie się w nieskończoność. Ciekawość świata i chęć rozwoju jest w tym świecie czymś złym, a siostry w ramach pokuty zmuszają się między innymi do jedzenia nielubianych potraw. Brzmi jak średniowieczne bajki, ale to działo się całkiem niedawno. Bardzo możliwe, że nawet teraz, gdy to czytasz na ekranie swojego komputera/telefonu, gdzieś w jakimś klasztorze zakonnica z obrzydzeniem przełyka kawałek cebuli. Nie jestem znawczynią chrześcijaństwa, ale o ile się orientuję, powinno ono polegać na miłości do drugiego człowieka, a nie nienawiści do samego siebie. Nie wiem, jak komukolwiek miałoby się pomóc, jedząc cebulę, ale być może to jedna z tych rzeczy na niebie i na ziemi, o których się filozofom nie śniło.

Po drugie, zaczęłam się zastanawiać, jaki dramat musiały przeżyć wszystkie te kobiety. Bo to nie jest tak, że one z nudów poszły do zakonu, a potem się rozmyśliły. One wybrały taką drogę, bo były przekonane, że to właściwy pomysł na życie. Czuły się powołane. Abramowicz nie skupia się wyłącznie na klasztornych doświadczeniach: w kolejnych rozdziałach mówi nam, jak potoczyły się dalsze losy bohaterek. Niezwykle bolesne było dla mnie zwłaszcza czytanie o tych osobach, które nadal pozostały wierzące (bo zdarzały się też ateistki!), jednak pobyt w zakonie tak mocno je zmienił i wyniszczył, że nie potrafiły znaleźć dla siebie miejsca ani w religii, ani w świecie w ogóle. Przeżycie łudząco podobne do dochodzenia do siebie po zakończeniu toksycznego związku.

Skoro jesteśmy już przy związkach, czas na PO TRZECIE. Po trzecie i chyba najważniejsze: uderzyło mnie to, jaką krzywdę wyrządza nam “tradycyjne” pojmowanie roli kobiety, która winna być dodatkiem do mężczyzny, bo bez niego właściwie nie ma większej wartości. Czytając o tym, że Jezus dla zakonników jest towarzyszem i nauczycielem, a dla zakonnic wymagającym posłuszeństwa i pokory małżonkiem, odczuwałam niemal fizyczny ból. A przecież to same zakonnice gotują sobie wzajemnie taki los. Dziewczyny, same się krzywdzimy, godząc się na takie traktowanie. Pamiętajcie, że nie potrzebujecie męża (ani w niebiosach, ani tu, na planecie Ziemia), by być wartościowymi i kompletnymi osobami. Nie jesteście wtyczką do przeglądarki ani dodatkiem do gry, w który nie da się zagrać bez wersji podstawowej. Serio.

I niech #girlpower będzie z wami.

 

Mówimy o: Marta Abramowicz, Zakonnice odchodzą po cichu, Krytyka Polityczna, Warszawa 2016.

Komentarze (3) + Dodaj komentarz

  1. Monia napisał(a):

    Bardzo powoli skłaniam sie w stronę tej książki, ale trochę się boję — widzę, że słusznie. A tak na marginesie: podsycanie nienawiści do siebie to doskonała metoda dyscyplinująca ludzi. Zawsze działa. Szkoda, że również (a niekiedy przede wszystkim) w instytucjach mających się za szacowne.

  2. Zuzanna napisał(a):

    H. warto też zaznaczyć, że w że w zasadzie to u nas został taki pokręcony sposób pojmowania życia w zakonie. W krajach zachodnich powoli się od tego odchodzi i kobiety-zakonnice nie mieszkają zamknięte w zakonach czy nie noszą habitów. Szalone!
    Polecam „Czy Bóg wybaczy siostrze Bernadecie” – przy tej lekturze człowiekiem szarpie jeszcze bardziej. I ma ochotę zwiewać jak najdalej.

  3. Agussiek napisał(a):

    BARDZO dobra recenzja!
    Zgadzam się z Wami w pełni, choć książki nie czytałam i nie wiem, czy to uczynię. Z kategorii kościelnych czytałam stosunkowo niedawno reportaż z Czarnego o Rydzyku oraz historię Domu prowadzonego przez siostrę Bernadetę w tomie reportaży Kopińskej i jeszcze nie doszłam do siebie. Więc póki co sobie daruję. Pozdrawiam!

Zostaw komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.