Ta opowieść zaczyna się w miejscu, w którym wiele innych historii ogłosiłoby bankructwo: brat i siostra zabijają ojca. Roztrzaskują mu głowę i zostawiają go, leżącego w kałuży krwi. Jest około południa, gdy wybiegają z domu. Tak zaczynają się ich trzy dni wolności. Jeśli powiem, że nigdy wcześniej nie czytaliście czegoś podobnego, prawdopodobnie będę miała rację.

Od pierwszych stron wiemy, co będzie dalej: wiemy, że brutalny Corazon leży martwy na podłodze, Józefina kuli się w kącie, pogrążona w półśnie, a ich dzieci uciekają, by przez kilka dni pożyć życiem, w którym nie ma miejsca dla ciosów pięścią i gorączkowych modlitw. Wiemy, że w końcu zostaną złapane, osądzone i ukarane.

A jednak, jak okazuje się dalej, nie wiemy wszystkiego. Strona po stronie, Lyonel Trouillot odkrywa przed nami kolejne karty, dorzuca do mozaiki nowe kamyczki. Narratorem czyni Colina, chłopca, który z pozoru jest najmniej interesujący z całej rodziny. Jako jedyny pozostaje transparentny, bardzo kontrastuje z impulsywnym ojcem pijakiem, rozmodloną i zapłakaną matką oraz Marielą – zaradną, twardą i rezolutną siostrą. I chyba właśnie to stanowi o niezwykłej sile tej książki: słuchamy tego, którego nikt dotąd nie słuchał. Widzimy świat takim, jakim on go widzi.

A co widzimy? Znacznie więcej czerń i biel, bo Trouillot nie wciska nam kryminalnej historii o młodocianych degeneratach ze slumsów. Nie próbuje nas też wzruszyć straszną opowieścią o maltretowanych dzieciach z patologicznej rodziny. To po prostu powieść o ludziach, takich prawdziwych, mających słabości i sekrety: nagle okazuje się, że ojciec-oprawca, który bez skrupułów rzuca żoną o ściany mieszkania, w pracy jest zwykłym popychadłem, a bita kobieta, spędzająca całe dnie na modlitwach i płaczu, w niedziele lubi podjadać cukierki. Nawet uczucie między bratem i siostrą odbiega nieco od tego, co możemy sobie wyobrażać.

Choć zaglądamy w najmroczniejsze zakątki dzielnicy biedy, nie skupiamy się na nędzy i cierpieniu. Przeciwnie, Dzieci bohaterów to ożywcza opowieść o wolności, która jest bezcenna nawet, jeśli trwa tylko trzy dni. Narrator obsesyjnie powraca myślami do chwil, gdy jego siostra okrążała plac na rowerze, gdy tańczyli razem w ciemności i gdy bawił się z kolegami na dachu fabryki. Jest jakieś nieodparte piękno w dwojgu dzieci, które nie mają nic, poza sobą nawzajem, i w niejednoznacznej miłości, która je łączy.

Warto teraz jeszcze wspomnieć o języku, bo gdyby nie on, ta powieść nie byłaby tak wyjątkowa. Jest poetycki, a jednocześnie czysty i prosty. Pełen metafor i pięknych sformułowań, lecz bez brawury i popisów. Pobudzający, lecz nie przytłaczający (i znakomicie oddany po polsku przez Jacka Giszczaka), bo tylko takim językiem można bez nadęcia i przesady opowiadać najtrudniejsze historie.

Chciałabym zachować surowy spokój, z jakim Trouillot snuje swoją opowieść i ograniczyć ilość zachwytów i epitetów do minimum, lecz obawiam się, że nie zdołam tego zrobić. Przyznaję: szaleję na punkcie tej książki. Za każdym razem, gdy ją czytam, cierpię niemal na syndrom Stendhala: kręci mi się w głowie i mam wrażenie, że zachłystuję się geniuszem, z jakim ta proza jest napisana. Wszystko jest tu idealnie wyważone, każde słowo jest potrzebne i przemyślane, a stężenie emocji na tak niewielkiej liczbie stron obezwładnia. To czysta doskonałość.

Czasem, gdy w tramwaju lub na ławce w parku widzę, że ktoś czyta jakąś przeciętną książkę, mam ochotę go uratować i wręczyć mu Dzieci bohaterów. Po co tracić czas na coś znośnego, gdy można obcować z literaturą najwyższych lotów? Uznajmy, że teraz wirtualnie ratuję Ciebie, nasz drogi czytelniku: bierz i czytaj. Nie ma za co!

Mówimy o: Lyonel Trouillot, Dzieci bohaterów, tłum. Jacek Giszczak, Karakter, Kraków 2009.

Post jest częścią letniego cyklu literackich podróży NIESPOwakacje.

Komentarze (1) + Dodaj komentarz

  1. Pożeracz napisał(a):

    Czysta doskonałość? To brzmi jak wyzwanie. Tak czy tak – dodałem do listy „To read” na Goodreads i będę polował.

Zostaw komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.