Czy jest sens zagłębiać się w historię, której tragiczny finał autor wyjawia we wstępie? Lyonel Trouillot nie próbuje zatrzymać czytelnika, kusząc go obietnicą efektownego zakończenia. Tak jak sięgając po Dzieci bohaterów, od początku znamy odpowiedź na pytanie: kto zabił?, tak czytając Niedzielę, 4 stycznia, z pierwszych zdań dowiadujemy się, że główny bohater powieści, dwudziestoczteroletni student Lucien Saint-Hilaire wkrótce zginie. Żeby nie było wątpliwości, że to nie wartka akcja stanowi główną oś książki, od razu poznajemy także okoliczności jego śmierci: antyrządowa manifestacja z okazji dwusetnej rocznicy uzyskania niepodległości przez Republikę Haiti.

Po co wnikać w szczegóły, skoro tyle już wiemy? Być może kontynuowanie lektury pozwoli nam zrozumieć, dlaczego krwawo stłumiono pokojową demonstrację, która odbyła się w Port-au-Prince 4 stycznia 2004 roku. A może lepiej zorientujemy się w politycznych realiach, w których rozgrywają się opisywane wydarzenia? Na mnie nie liczcie, stwierdza Trouillot. Moja książka to nie kompleksowy przewodnik po Haiti, moja książka to wściekłość i wrzask. I cisza wydobywająca się z głębi gardła.

O czym jest Niedziela, 4 stycznia? Mówiąc najprościej, to opowieść o braciach, których różni niemalże wszystko. Starszy, Lucien, jest studentem, który udzielając korepetycji z francuskiego, próbuje jakoś wiązać koniec z końcem. Młodszy, Ezechiel, każący tytułować się Little Joe, porzucił edukację i wstąpił do gangu napadającego na zamożnych mieszkańców stolicy Haiti. Ogień i woda, mogłoby się wydawać na pierwszy rzut oka. Jeśli jednak przyjrzeć się wnikliwiej motywacjom braci, okaże się, że dzieląca ich przepaść jest w rzeczywistości niewielką szczeliną, bo choć bohaterowie sięgają po różne narzędzia – Lucien wybiera wykształcenie i działalność społeczną, Ezechiel woli gangsterkę – gra toczy się o tę samą stawkę: ludzką godność.

Dlaczego chłopcy, którzy ledwo co wyfrunęli z rodzinnego gniazda, zamiast cieszyć się wolnością i umawiać się na randki, szaleć na koncertach albo spędzać długie i burzliwe wieczory na rozmowach w ulubionym barze, wszystkie swoje wysiłki koncentrują na walce o szacunek i dobre imię? Tutaj zaczyna się właściwa historia. Bo Niedziela, 4 stycznia to nie lekkostrawna powieść obyczajowa do przewertowania w poczekalni u lekarza, ale literatura zaangażowana (i angażująca) w najlepszym tego słowa znaczeniu.

Lyonel Trouillot jako pisarz konsekwentnie staje po stronie wykluczonych, oddając głos tym, którzy na co dzień są go pozbawieni. Jego druga wydana w polskim tłumaczeniu powieść przypomina koncert chóru: głosy nakładają się na siebie, wchodzą w interakcję, prowadzą ze sobą niejednoznaczną grę, ale każdy wybrzmiewa w innej, właściwej tylko sobie tonacji, każdy jest unikalny i ma do opowiedzenia własną, poplątaną historię.

Uwagę widza, który przygląda się temu niebywałemu widowisku, przykuwają bracia Saint-Hilaire. Przysłuchując się im, wędrujemy w czasie i w przestrzeni – podglądamy spędzone w slumsach Płaskowyżu Centralnego dzieciństwo, a kiedy przerywa je nagłe nadejście dorosłości i wyjazd do Port-au-Prince, czujemy się równie nieswojo co chłopcy ostawieni przez wuja pod drzwi internatu.

Trouillot nie owija w bawełnę: tam, gdzie jest nędza, tam nie ma miejsca na dorastanie i powolne kształtowanie się osobowości. Podczas gdy dzieciaki wysoko postawionych urzędników awanturują się o kolejną zabawkę, kilkuletni synowie tracącej wzrok Ernestine Saint-Hilaire stają na najwyższym kamieniu i proszą o deszcz, bo wiedzą, że jeśli rodzina straci plony, nie będą mieli co jeść. Kiedy matka wysyła ukochane dzieci do miasta w nadziei, że tam zdobędą wykształcenie i dobrze płatną pracę, nikt nie ośmiela się przyznać, ale wszyscy doskonale wiedzą, że ten scenariusz nigdy się nie zrealizuje. W Haiti bieda i wykluczenie są dziedziczne, to balast, którego niełatwo się pozbyć. „Widziałeś już dyplomatę, którego matka wygląda jak Ernestine, a on sam jak ty?” – wykrzykuje bratu prosto w twarz Little Joe, po czym strzela w powietrze ze swojej nowej, lśniącej broni. Bo jeśli nie praca, pokora i cierpliwość, to może gniew i brak skrupułów sprawią, że jego życie zacznie się liczyć?

Siłą prozy Lyonela Trouillot jest autentyczność. Opisywane przez niego postaci to nie mające wzbudzać litość wątłe kukiełki z wyłupiastymi, smutnymi oczami, ale ludzie z krwi i kości: słabi i silni jednocześnie, dumni, zdecydowani, uparcie sprzeciwiający się brutalnemu losowi. W przeciwieństwie do przewijających się przez książkę zachodnich reporterów przyjeżdżających do Haiti po ładną opaleniznę i ckliwe historyjki, którymi uspokoją sumienia bogatego społeczeństwa, Trouillot odrzuca fałszywą serdeczność i wyrozumiałość. Jego teksty wymagają od czytelnika pełnego zaangażowania. Haitański pisarz nie chce, żebyśmy współczuli, chce, żebyśmy współodczuwali: weszli w skórę tego, który do nas mówi, i przestali widzieć w nim ofiarę, a dostrzegli człowieka.

W Niedzieli, 4 stycznia nic nie dziełem przypadku. Trouillot nawet pisząc prozę, działa jak poeta. Każdy element został przez niego precyzyjnie wykrojony i umieszczony dokładnie tam, gdzie powinien. Tekst pełen jest metafor, elips i peryfraz. Raz przypomina wartki strumień, kiedy indziej zastygłą kałużę, w której odbija się pochmurne niebo. Te niewielką, bo niespełna stu dwudziestu stronicową książeczkę czyta się jak wiersz: wiedząc, że to, co najważniejsze, kryje się pod powierzchnią, na styku słów.

Polski czytelnik ma wyjątkowe szczęście, bo Karakter serwuje mu tę pisaną prozą poezję w tłumaczeniu Jacka Giszczaka – tłumacza, który nie ma sobie równych, jeśli chodzi o odtwarzanie naturalnego rytmu i barwy oryginału.

 

Mówimy o: Lyonel Trouillot, Niedziela, 4 stycznia, przeł. Jacek Giszczak, Karakter, Kraków 2016.

 

Post jest częścią letniego cyklu literackich podróży NIESPOwakacje.

 

 

Zostaw komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.