Podobno gdy flamingi lecą, popychają słońce, by pojawiło się po drugiej stronie globu. W Tizangarze, małym miasteczku w Mozambiku, podczas każdego zachodu słońca śpiewa się im specjalną piosenkę, żeby wróciły następnego ranka i ponownie przyniosły światło. Ostatni lot flaminga Mii Couto jest bez wątpienia porannym lotem. Rozświetlającym i rozgrzewającym.

Opowieść zaczyna się tak, jak niewiele innych odważyłoby się zacząć: pewnego dnia mieszkańcy Tizangary znajdują na środku drogi amputowanego penisa. Wkrótce okazuje się, że porzucony organ należy do żołnierza armii Narodów Zjednoczonych (stacjonującej w do niedawna jeszcze ogarniętym wojną domową Mozambiku, by nadzorować proces pokojowy) i sprawa robi się poważna. Do miasteczka przyjeżdża Massimo Risi, Włoch, który prowadzi śledztwo w tej sprawie. Towarzyszy mu narrator, Tłumacz zatrudniony przez administratora okręgu w taki oto sposób:

– Mianuję cię, od zaraz, oficjalnym tłumaczem.

– Ale na jaki język?

– Nieważne. Każda licząca się władza ma swoich tłumaczy. Będziesz moim osobistym tłumaczem. Rozumiesz?

Jednak w tym przypadku to nie język trzeba przekładać. Rola Tłumacza polega raczej na objaśnianiu Tizangary, jej aury, jej mieszkańców, wierzeń i magii. Dlaczego nie można zabijać modliszek? Co zrobić, by móc widzieć nocą? Czy w ramach kary za wstrzemięźliwość seksualną młoda dziewczyna naprawdę może zmienić się w staruszkę? I czy rozwieszanie własnych kości na gałęziach przed snem sprzyja dobremu samopoczuciu? Dobra wiadomość dla tych, którym te pytania od dawna chodziły po głowie: Ostatni lot flaminga dostarczy wam odpowiedzi.

Fakt, że w tej powieści powoli odkrywamy miasteczko razem z europejskim przybyszem, sprawił, że umieściłyśmy ją na liście sześciu książek, od których warto zacząć swoją przygodę z literaturą afrykańską. Z drugiej strony zrobiłyśmy to też nieco przewrotnie, bo tak naprawdę proza Couto to skok na głęboką wodę. Bez okularków, bez dmuchanych rękawków. Na niestrzeżonej plaży. Wiecie, że sporo ryzykujecie i właściwie to nawet nie macie pojęcia, dlaczego to robicie, ale czujecie, że właśnie tego wam teraz potrzeba. Ta wycieczka to prawdziwa jazda bez trzymanki.

Bo w rzeczywistości zagadka kryminalna, spontanicznie eksplodujący mężczyźni, zostawiający po sobie zaledwie jeden smutny, samotny organ, są tylko pretekstem do zanurzenia się w egzotyce Tizangary. Wciąż pojawiają się nowe wątki i nowi bohaterowie. Poznajemy historie kobiet, w których zakochały się przedmioty, matek, które patrząc na własne dzieci, nie mogą ich dostrzec i mężczyzn, którzy postanawiają spędzić resztę życia w piżamie. Można się roześmiać i można uronić łzę. Nie można natomiast się znudzić. Gdy zagadka zostaje rozwiązana, a flamingi po raz ostatni przelatują nad naszymi głowami, trudno jest uwierzyć, że to naprawdę koniec i czas pakować walizki.

Wszystko jest tu znakomicie wyważone. Jest ogromna dawka humoru, czasem nawet niegrzecznego, jednak zawsze w granicach dobrego smaku. Są nawiązania do polityki, głównie prześmiewcze (na przykład niedorzeczne sprawozdania administratora okręgu, w których między wierszami narzeka na żonę i opowiada o swoich miejscach erogennych), są okazje do wzruszeń i są Piorunujące Porzekadła, od których zaczyna się każdy rozdział. Jednak przede wszystkim sporo tu przekory, świeżości, egzotyki i – po prostu – radości życia. A to wszystko na 135 stronach!

Jeśli macie czasem tak, że nic już was nie cieszy, a żadna książka nie wydaje się warta przeczytania, Ostatni lot flaminga jest na to znakomitym lekarstwem. Mój egzemplarz jest już tak wyśmigany i wymacany, że niedługo chyba się rozpadnie. Na szczęście mam zapasowy!

PS. Anegdotka dla wszystkich, którzy czują się onieśmieleni literaturą peryferiów: ostatnio wpadł do mnie w odwiedziny wujek, który od czytania literatury mozambickiej zdecydowanie woli majsterkowanie i oglądanie meczów piłki nożnej. Przez przypadek sięgnął po leżący na stoliku Ostatni lot flaminga… i zniknął. Poleciał do Mozambiku i tyle było go widać. Zachwycony odczytywał mi na głos co ciekawsze fragmenty (jego ulubionym porzekadłem z Tizangary okazało się Pies liże rany? A może to śmierć poprzez ranę liże mu pysk?). Wyszedł zaopatrzony we własny egzemplarz książki (mój zapasowy!). Takiego pięknego zauroczenia nie można było zignorować!

Mówimy o: Mia Couto, Ostatni lot flaminga, tłum. Elżbieta Milewska, Państwowy Instytut Wydawniczy, Warszawa 2005.

Post jest częścią letniego cyklu literackich podróży NIESPOwakacje.

Zostaw komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.