Jak opowiedzieć wojnę? Odtwarzając przebieg wydarzeń, wyliczając straty, recytując nazwiska poległych, a może opiewając bohaterów? Którąkolwiek opcję wybrać, to opowieść o wojnie, ale nie wojna w swojej istocie, ona wciąż pozostaje nieopowiedziana. Czy da się w ogóle oddać brutalność wojennej zawieruchy, uczynić ją słyszalną i namacalną? Udało się mozambickiemu pisarzowi Mii Couto: nie ma książki, która działałaby podobnie jak Lunatyczna kraina i sprawiała, że wojna powoli wpełza w każdą komórkę ciała, aż w końcu wypełnia człowieka po brzegi.

„Zaczyna się jak u Becketta”, pisze wydawca na skrzydełku i albo jestem bardzo podatna na sugestie, albo skojarzenie z oszczędnymi, niepokojącymi sztukami irlandzkiego dramaturga jest w tym przypadku nieuniknione. Sceneria nie ma nic wspólnego z przytulnością: okaleczona ziemia po katastrofie. Apokaliptyczny krajobraz przecinają dwa cienie, to Muidinga i Tuahir. Chłopiec i starzec idą pustą drogą otoczeni więdnącą florą i ledwo żywą fauną. Idą, „jakby wędrowanie było od chwili narodzin ich jedyną powinnością”. Idą znikąd i nie wiedzą, dokąd zmierzają, a sensem ich wędrówki jest droga. Idą, jak Vladimir i Estragon, wypatrując tego, co nadejdzie, czekając na Godota.

Rekwizytem, który musiałby znaleźć się na scenie, gdyby ktoś zapragnął przenieść powieść Mii Couto na deski teatru, jest machimbombo – spalony autobus, w którym dwóch wędrowców urządza sobie dom. Tuahir bez obaw kładzie się między zwęglonymi pasażerami, żeby na chwilę zmrużyć oko, chłopiec nalega, by oczyścić furgonetkę z trupów. W końcu grzebią ciała, pozostawiając sobie jedynie znalezioną przy jednym z martwych walizkę. Ze środka Muidinga wygrzebuje zeszyty. Na polecenie starca odrywa okładkę i używa jej do rozpalenia ogniska. W blasku płomieni przygląda się koślawym literkom i ze zdumieniem odkrywa, że potrafi czytać. Pierwszy zeszyt Kindzu: Czas, w którym świat miał tyle lat co my – to brama prowadząca do równoległej opowieści.

Chłopiec natychmiast zagłębia się w biografię Kindzu. Starzec, początkowo nieufny, szybko przyzwyczaja się do nowego środka lokomocji i sam upomina się o kolejne strony. Czytaj, szturcha małego, a jeśli brakuje ci siły, patrz raz jednym okiem, raz drugim, nie odpuszcza. „Nie możemy tańczyć ani się śmiać. I dlatego zanurzymy się w tych zeszytach. W nich będziemy śpiewać. W nich będziemy się bawić”, wyjaśnia zaskoczonemu towarzyszowi.

Historie Kindzu stają się dla Tuahira i Muidingi sposobem na przetrwanie. Bo w świecie ogarniętym wojną przetrwać znaczy tyle, co trwać: uparcie tkwić w miejscu i nie dać się pochłonąć. Iść, nawet jeśli droga prowadzi donikąd.

Opowieści stopniowo zaczynają się przenikać, układają się na sobie warstwami, aż zlepiają się tak mocno, że nie sposób wyobrazić ich sobie oddzielnie. Chłopiec i starzec udają Kindzu i jego ojca Taímo. Muidinga myśli, że jest Czerwiesiem, bratem Kindzu. Postaci utrwalone na kartkach zeszytów mówią głosem Tuahira albo przypominają Muidingę. Kto jest kim? Co dzieje się naprawdę, a co się śni? A może wszyscy lunatykują?

W Lunatycznej krainie wojna jest wszędzie. Na jawie i we śnie. W gardle, w żyłach i w płucach. Na powierzchni naskórka. Przed oczami i w głowie. W dzieciach i w dorosłych. Wojna pożera, zamracza i wyjaławia. Jest nawet wtedy, kiedy nie słychać strzałów i ciężkich kroków. Zaciera granicę między dobrym a złym, żywym i martwym, prawdziwym i nieistniejącym. „Wojna to żmija, która kąsa nas naszymi zębami. Jej jad krążył teraz we wszystkich strumieniach naszych dusz. Za dnia nie wychodziliśmy już z domu, nocą już nie śniliśmy. Sen to oko życia. My byliśmy ślepi”, notuje w dzienniku Kindzu.

Mia Couto prowadzi na somnambuliczny spacer nie tylko swoich bohaterów, ale także czytelnika. Bo jak wytłumaczyć to, że nie odkładam jego książki na półkę, kiedy natrafiam na opowieści o zjawach, magicznych obrzędach i życiu po śmierci? Nie wiem, jak Couto to robi, ale aż nazbyt racjonalna ja wierzę mu nawet w to, że człowiek może zamienić się w kurę. 

Może to język? Może to on wprowadza w trans i nie pozwala się wyrwać? Bo Lunatyczna kraina Mii Couto to nie tylko jedyna w swoim rodzaju historia o magnetycznej sile przyciągania, ale także mistrzostwo, jeśli chodzi o warstwę językową. Gdyby nie Michał Lipszyc, tłumacz, któremu za przekład tej powieści należą się wszystkie nagrody translatorskie świata, pewnie nigdy byśmy się o tym nie przekonali, sięgając po polskie wydanie. Na szczęście Lipszyc daje się wciągnąć w lunatykowanie i sprawia, że „oczy się ślinią na języku”, a  „słowa mordują miraż oceanu”. Odważnie tworzy też językowe zlepki na pograniczu światów: histowieść, błąkisnucie, diablomioty, anielauci, płaczygłupki. I wreszcie: niespodziegadki.

Gdyby nie Lunatyczna kraina, nie byłoby Niespodziegadek. Dosłownie, bo same nigdy nie wymyśliłybyśmy tak uroczego i wymownego zarazem neologizmu, ale i – wybaczcie, jeśli brzmi to zbyt patetycznie – dlatego że tylko literatura, dzięki której błąkisnujemy i śniwłóczymy, każe nam krzyczeć na całe gardło: bierzcie, czytajcie, dajcie się porwać słowom i lećcie w kosmos!

 

Mówimy o: Mia Couto, Lunatyczna kraina, przeł. Michał Lipszyc, Karakter, Kraków 2010.

 

Post jest częścią letniego cyklu literackich podróży NIESPOwakacje.

Zostaw komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.