Gdybyśmy miały wydawnictwo i zgłosiłby się do nas jeden z rodzimych raperów z pytaniem, czy nie zechciałybyśmy opublikować książki o jego życiu, odpowiedziałybyśmy, że bardzo nam przykro, ale nie wydajemy biografii (choć wcale nie byłoby nam przykro). Gdyby wpadła nam w ręce powieść reklamowana jako debiut znanego hiphopowca, zrobiłybyśmy wszystko, by jak najszybciej nam z rąk wypadła. Trudne życie na blokowisku, fajne dziunie w klubie, uliczne ustawki i wojna z wyimaginowanymi imigrantami to raczej nie nasze klimaty. Jak to się zatem stało, że debiutancka powieść rapera z Francji zawróciła nam w głowach?

Po pierwsze: Alain Mabanckou. Zachwycał się Petit pays od samego początku, promując książkę i jej autora w mediach (i na Instagramie!). A kiedy jeden z twoich ulubionych pisarzy poleca książkę, możesz mieć pewność, że szykuje się prawdziwa literacka uczta.

Po drugie: ktoś, komu zawdzięczamy najbardziej pasjonujące literackie wyprawy w życiu (bo żeby móc otworzyć dla was biuro podróży, najpierw musiałyśmy wybrać się do innego, znacznie większego i bogatszego), wysłał nam wideoklip Petit pays. I co tu dużo mówić… oszalałyśmy! Wiedziałyśmy, że musimy dorwać powieść Gaëla Faye’a jak najszybciej. Zależało nam tak bardzo, że tydzień później próbowałyśmy wyłudzić jedyny dostępny na krakowskich targach książki egzemplarz (pokazowy, jak się później okazało). Bez powodzenia (ale w sumie odniosłyśmy jakiś sukces, bo pani ze stoiska nie zadzwoniła na policję).

Gdy wreszcie udało nam się zdobyć najgorętszą powieść francuskiego rentrée littéraire 2016 i zabrałyśmy się do czytania, od pierwszych stron wiedziałyśmy, że ten raper nie będzie oślepiał nas błyskiem swojego łańcucha i nie opowie nam o przepuszczaniu siana na melanżu. Zamiast tego przeniesie nas do Burundi lat 90., by wspólnie pojeździć na BMXie, zjeść jajecznicę na śniadanie, zapalić pierwszego w życiu papierosa i ukradkiem obejrzeć kilka filmów dla dorosłych. Oprócz zwykłych kłopotów związanych z dorastaniem, Gaby (główny bohater) ma też inne problemy: w jego nastoletni świat wkracza polityka, stopniowo rozszarpując dotychczasową beztroskę na coraz drobniejsze kawałeczki.

Tak, można się domyślać, o co chodzi – kto mniej więcej orientuje się we współczesnej historii, wie, że w latach 90. w Rwandzie i Burundi doszło do ludobójstwa. A poszło o błahostkę. Sytuację Faye pięknie streszcza w prologu, przytaczając rozmowę między dziećmi a ojcem, który tłumaczy im podłoże narastającego konfliktu:

– Czy Tutsi i Hutu walczą, bo nie mają tego samego terytorium?

– Nie, nie dlatego. Żyją w tym samym państwie.

– No to… nie mówią w tym samym języku?

– Nie, mają jeden język.

– To może modlą się do innych bogów?

– Nie, wierzą w tego samego boga.

– To dlaczego między nimi jest wojna?

–  Bo mają różne nosy.*

Kilkoma prostymi, dziecięcymi pytaniami Faye obnaża absurd wieloletniej wojny i krwawych zbrodni. To właśnie jest niezwykłą siłą tego artysty: krótkimi, z pozoru nieskomplikowanymi zdaniami trafia w samo sedno. W jednym ze swoich utworów poświęconych Burundi szepcze “mój mały kraju, krwawię z twoich ran” i porusza tym znacznie bardziej niż gdyby napisał kilkustronicowy martyrologiczny poemat.

Wojna w tej książce nadchodzi powoli, dojrzewa niczym owoc, by w końcu urwać się z gałęzi i spać na ziemię. Podobnie jak w Marii Pannie Nilu Scholastique Mukasongi czujemy gęstniejącą stopniowo atmosferę, niemal widzimy czarne chmury zbierające się nad głowami bohaterów. Jednocześnie narracja nie ogranicza się do budowania napięcia, wręcz przeciwnie: uczestniczymy w imprezach urodzinowych, w bójkach, jedziemy nawet do pobliskiej wioski w poszukiwaniu skradzionego roweru. Życie toczy się swoim rytmem, Gaby błaznuje i próbuje zakazanych rzeczy w towarzystwie kumpli, a jego młodsza siostra robi sobie warkoczyki z blond pasemkami. Małżeństwa się kłócą, a nawet rozstają.

Nie uważamy jednak, by rozwód rodziców Gabriela i Any był tu jakkolwiek powiązany z późniejszymi wydarzeniami politycznymi, w takim sensie, że zapoczątkowuje on rozpad dziecięcego świata. Jest on raczej dowodem na normalność życia, które nierozerwalnie wiąże się ze zmianami. Raz przyjemnymi, raz mniej.

Może więc teraz o rzeczach przyjemnych. Nie dajcie się zwieść niektórym opiniom: Faye nie prowadzi swojej historii tak, by wzbudzać nasze współczucie czy, co gorsza, litość. Twierdzi, że zależało mu, by ukazać w powieści afrykańskie petits riens, czyli drobnostki, małe bzdurki, które, skumulowane, są esencją istnienia. Chciał pokazać, że Burundi to nie tylko spływające krwią ulice, lecz “robaczek świętojański jego europejskiej wędrówki”, miejsce, o którym nigdy nie zapomni, lecz nie ze strachu, a z miłości.

I rzeczywiście, trzeba przyznać, że udało mu się to znakomicie. Obraz dzieciństwa, który stworzył, choć w niektórych miejscach pokryty czarnymi plamami, to mieni się też wieloma przyjemnymi barwami. Mimo że w ostrym, południowym słońcu kolory bywają intensywniejsze, to wiele odcieni wydaje się dziwnie znajomych niezależnie od szerokości geograficznej, na której zaliczyło się pierwszą przejażdżkę na dwóch kółkach.  Nietrudno utożsamić się z małymi bohaterami, którzy zabijają nudę, grając w piłkę, produkując wędki albo serwując sobie niestworzone opowieści. Nie trzeba też nadmiernie wysilać wyobraźni, żeby zobaczyć, jak chłopcy celują kamieniami w owoce, do których nie sięgają wspinając się na palce – kto tego nie robił?

No i nie zapominajmy o najważniejszym: mały Gaby jest pisarzem! W powieści znajdziemy listy, które wymienia z dziewczynką z Francji. Nie sposób nie zachwycić się historiami, które jej opowiada i niezwykłym stylem, w jakim to robi. Jego nieograniczona dziecięca wyobraźnia (chociażby teoria, że jeśli ma się zielone oczy, widzi się świat na zielono) i dziwny, lecz uroczy sposób postrzegania rzeczywistości sprawia, że przypominamy sobie o tym, jak sami w dzieciństwie odbieraliśmy otoczenie.

To nie jest książka o rozwodach i ludobójstwie. To opowieść o formowaniu osobowości, o dojrzewaniu pisarza, o dziecięcych przyjaźniach i o miłości do swojego kraju. I o tym, że trudna sytuacja polityczna rozwija się stopniowo, powoli, aż osiąga ten poziom, gdy już niczego nie da się zatrzymać. Może dlatego też warto po tę książkę sięgnąć zwłaszcza teraz? Proza, która miesza z sobą prostą codzienność każdego z nas i nieco afrykańskiej egzotyki (maślany rogalik posypany ostrą papryczką). Tekst, który nie traumatyzuje i nie szokuje, lecz rozbrzmiewa muzyką i jest po prostu piękny.

 

*Tłumaczenie własne.

 

Więcej o Gaëlu Faye przeczytasz tutaj, a o jego muzyce tutaj.

 

Mówimy o: Gaël Faye, Petit pays, Grasset, Paris 2016.

Polska wersja: Gaël Faye, Tęsknota, przeł. Katarzyna Marczewska, WAB, Warszawa 2017.

 

Post jest częścią letniego cyklu literackich podróży NIESPOwakacje.

 

Komentarze (1) + Dodaj komentarz

  1. Po prostu Ania napisał(a):

    Podobnie, gdyby ktoś podsumował film jako historię czarnego dealera w Ameryce, nie obejrzałabym, a przecież „Moonlight” to jeden z najpiękniejszych filmów jaki widziałam życiu. 🙂

Zostaw komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.