Zabić i znaleźć się na językach wszystkich – oto największe pragnienie bohatera African Psycho, Grégoire’a Nakobomayo. Niby prosta sprawa, wystarczy zaopatrzyć się w broń, wybrać ofiarę i strzelić albo poderżnąć gardło. Tak przynajmniej załatwiłby to serial killer w przeciętnej hollywoodzkiej produkcji. Czy ten schemat zadziała i tym razem? Całe szczęście, podmieniając psychopatę z Amerykanina na Afrykańczyka, Alain Mabanckou nie skorzystał z opcji kopiuj-wklej, a umiejętnie zagrał z konwencją i stworzył pełnokrwistego, wielowymiarowego protagonistę, który tak przeraża, jak… śmieszy.

Grégoire nie ma nic wspólnego z mordercami, którzy ściągają do multikin tłum żądnych krwi widzów. Nie dokonał serii brutalnych napadów, nie zasłynął szczególnie okrutną techniką uśmiercania, nie jest ścigany listem gończym. To właściwie kompletny przeciętniak (czyli typowy bohater Mabanckou) – mieszkający samotnie mechanik samochodowy, który popijając gin w barze, nie zwraca niczyjej uwagi. Niewidzialny dla otoczenia, wnikliwie przygląda się toczącym się obok wydarzeniom, fantazjując o dniu, w którym z nijakiego gościa z kanciastym łbem i wielkimi dłońmi zamieni się w gwiazdę, o której trąbić będą nawet w telewizji w kraju naprzeciwko.

Tylko jak tu zostać grubą rybą, kiedy jesteś sierotą, nie masz wykształcenia, mieszkasz nad cuchnącym potokiem ekskrementów (który politycy każą ci nazywać Sekwaną), a na dodatek żaden z ciebie przystojniak? Grégoire wie, że w jego nędznym położeniu jedynym sposobem na wzbicie się ponad przeciętność jest policyjna kronika. Żeby zgwałcić albo zamordować i trafić na pierwsze strony gazet, nie trzeba w końcu ani dyplomu, ani forsy, ani pięknej buźki. W teorii wystarczą determinacja i dobry plan.

Właśnie – w teorii. Rzeczywistość bywa bardziej skomplikowana, o czym bohater African Psycho  przekonuje się boleśnie na własnej skórze, kiedy kolejne podejmowane przez niego próby zaistnienia w przestępczym światku kończą się fiaskiem – a to ofiara wychodzi z napaści cało, a to problemy z erekcją uniemożliwiają gwałt, a to przestępstwo pomyłkowo zostaje przypisane komuś innemu. Marzący o popełnieniu zbrodni Nakobomayo nie zamierza jednak się poddać. W poszukiwaniu inspiracji i duchowego wsparcia regularnie pielgrzymuje na cmentarz Zmarłych-którzy-nie-mają-prawa-do-snu, gdzie odwiedza grób swojego idola, najbrutalniejszego w historii kraju seryjnego mordercy, Angoualimy. Jego zdjęciami, nabytymi spod lady, dekoruje mieszkanie. W chwilach zwątpienia spogląda na portret Wielkiego Mistrza i do utraty tchu deklamuje jego ostatnie słowa: sram na społeczeństwo.

Czy wreszcie się uda? Tego nie wie ani protagonista, ani czytelnik. Na razie trwają przygotowania. Grégoire za wszelką cenę chce uniknąć kolejnego niepowodzenia, więc planując zbrodnię, która ma stać się przełomowym momentem w jego przestępczej karierze, obmyśla każdy detal. Kogo zabić? Czym zabić? W którym momencie wykonać decydujący krok? Zbrodnia to nie kino, mruczy pod nosem Kanciasty Łeb, błądząc w gąszczu możliwych scenariuszy. Podjęcie decyzji nie przychodzi łatwo – zwłaszcza komuś, kto boi się huku wystrzału…

Po co to wszystko? Wielbiciele powieści z dreszczykiem mogą poczuć się zawiedzeni: z Patrickiem Batemanem z kultowego American Psycho główny bohater ma tyle wspólnego co odbicie w krzywym zwierciadle, a opowieść zamiast mrozić krew w żyłach, wywołuje salwy śmiechu. Mabanckou serwuje solidną dawkę humoru nawet w pakiecie z opisami napaści i mordów. Żongluje zabawnymi historiami, bawi się słowami, tworzy genialne karykatury. O co mu chodzi? Sztuka dla sztuki? Popis językowych wygibasów? A może literacki odpowiednik witaminy D, którą dobrze sobie od czasu do czasu zaaplikować zimą, żeby uniknąć syndromu śpiącej królewny? Autor African Psycho doskonale wie, co robi. Jego pokrętna,  tryskająca energią książeczka swoje prawdziwe oblicze ujawnia z opóźnieniem, okazując się dużo potężniejszą i poważniejszą, niż się na początku wydawało.

Kiedy mija atak niekontrolowanego chichotu, czytelnik raz jeszcze wyrusza w podróż tą samą trasą. Podążając krok w krok za Grégoire’em Nakobomayo, podgląda codzienne życie mieszkańców dzielnicy o wymownej nazwie Picie-wody-to-idiotyzm. Przemierza zatęchłe uliczki, starając się sprawnie omijać piętrzące się sterty śmieci i polujących na okazję bandziorów, jest świadkiem wojen cenowych między miejscowymi prostytutkami i ich konkurentkami „z kraju naprzeciwko”, widzi bezdomne, żebrzące dzieci i wysługujących się nimi kloszardów. Pisarz pozwala mu dostrzec wszystko to, z czym stereotypowo łączy się Afrykę: brud, biedę i przemoc. Otwiera przed nim jednak także drzwi do baru „Pijcie, to jest krew moja” i razem z nim kołysa się w rytm przyśpiewki stałych bywalców Wszyscy zwą mnie pijakiem (ta piosenka naprawdę istnieje i możecie jej posłuchać TUTAJ!). Mabanckou świadomie sięga po klisze, żeby z impetem je roztrzaskać. Wyłaniająca się z jego powieści Afryka ma wiele twarzy, nie daje się podsumować jednym zdaniem. To barwna tkanina, która mimo przetarć, zaciągnięć i dziur fascynuje i zachwyca.

Pełen sprzeczności jest także protagonista. Na pierwszy rzut oka to zakompleksiony neurotyk i mitoman, który odnosi sukcesy jedynie w swoich wyobrażeniach. Jeśli  zastanowić się chwilę dłużej – może to wcale nie życiowy nieudacznik, a materiał na pisarza? Literatura na tym przecież polega: kreuje nowe światy i dopisuje kolejne wersje jednego wydarzenia. Grégoire Nakobomayo i Alain Mabanckou w mnożeniu scenariuszy osiągnęli poziom mistrzowski.

 

Mówimy o: Alain Mabanckou, African Psycho, przeł. Jacek Giszczak, Karakter, Kraków 2009.

 

Post jest częścią letniego cyklu literackich podróży NIESPOwakacje.

 

 

 

Zostaw komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.