książka, o której wam zaraz opowiem, może się znacznie różnić od tego, co zwykle czytacie, do tego stopnia, że sięgając po nią możecie się poczuć, jakbyście się przesiedli z hulajnogi do batmobila, nagle mnóstwo przycisków i dźwigni, z którymi nie wiadomo, co począć, choć wszystkie kuszą, więc wciskacie, co popadnie i świat zaczyna wirować, i nic już nie jest takie, jakie było do tej pory, to właśnie nas spotkało, gdy przeczytałyśmy Kielonka po raz pierwszy, a potem po raz drugi, trzeci i czwarty, bo to książka, z której wyjść nie można, albo po prostu wyjść się nie chce

zaczynamy od tego, że Kielonek, stały bywalec baru „Śmierć kredytom”, otwartego o każdej porze dnia i nocy, dostaje zlecenie, by w zeszycie spisać historię baru i jego gości, by wystawić temu miejscu pomnik trwalszy niż ze spiżu, bo tego właśnie chce właściciel lokalu, Uparty Ślimak, który wierzy w wielką siłę słowa pisanego i ma dość afrykańskiej tradycji przekazu ustnego, tak więc Kielonek, na prośbę Upartego Ślimaka, gryzmoli w zeszycie, zapisuje swoje rozmowy z innymi klientami, z którymi siada przy stoliku i wychyla kilka kolejek, i tak oto poznajemy historię gościa w pampersach czy Drukarza, który kiedyś mieszkał we Francji, bierzemy udział w konkursie w sikaniu, rozkręcamy się razem z tekstem, rozkręca się też sam Kielonek, który stopniowo coraz bardziej się w powieści ujawnia i coraz więcej nam o sobie opowiada

jakby na przekór niechęci Upartego Ślimaka do ustnej formy przekazywania opowieści, tekst Kielonka napisany jest bez kropek i wielkich liter, zdania zaczynają się znikąd, ciągną przez wiele stron, a potem nagle się urywają, by znów płynąć akapit niżej lub stronę dalej, a wszystko pooddzielane jest od siebie jedynie przecinkami, dzięki czemu tekst imituje ludzką mowę, bo nie wiem jak wy, ale ja, gdy dużo mówię, zapominam o wielkich literach i kropkach, i być może to właśnie dlatego tę powieść czyta się naprawdę łatwo, a tekst przepływa przez nas wartkim strumieniem i nie mamy nawet czasu zastanowić się, czy może nie powinna gdzieś stać kropka, nawet jeśli zwykle na widok błędów interpunkcyjnych dostajemy białej gorączki, tutaj to wszystko uchodzi, bo to jest tak naturalne, żywe i, przykro mi, Uparty Ślimaku, ustne

wszystkich, którzy być może teraz uznają Kielonka za dzieło prymitywne, bo to w końcu afrykańska powieść  o moczymordach, które pół życia spędzają w barze, a na dodatek napisana tak, by imitować mowę ludzką, chciałabym poinformować, że to taki tekst, z którego wyniesiecie tyle, ile sami do niego wniesiecie, to coś naprawdę wyjątkowego, gdyż cały ten pijacki bełkot naszpikowany jest nawiązaniami do literatury, zarówno zachodniej, jak i afrykańskiej, i z tą drugą to już naprawdę jest jazda bez trzymanki, bo za każdym razem, gdy sięgamy po Kielonka, odkrywamy coś nowego, co wcześniej się przed nami ukrywało, to zdumiewające, że w poplamionym winem zeszycie czeka na nas i Márquez, i Ionesco, i Boudjedra

choć szczerze nie znoszę, gdy ktoś określa powieść mianem totalnej, cóż to niby miałoby znaczyć, to jednak w przypadku tej książki zrobię wyjątek, bo to prawdziwa bomba, tekst, który nie tylko sam w sobie jest kawałem znakomitej literatury afrykańskiej, lecz także zachęca do dalszych poszukiwań i rozbudza pragnienie, tutaj zaczęła się nasza przygoda, a jeśli i wy jesteście gotowi na przygodę, nie bójcie się i wychylcie kielonka, w końcu Picie-Wody-To-Idiotyzm

 

Mówimy o: Alain Mabanckou, Kielonek, przeł. Jacek Giszczak, Karakter, Kraków 2008.

 

Post jest częścią letniego cyklu literackich podróży NIESPOwakacje.

Zostaw komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.