Skoro już wiadomo, co warto czytać w nadchodzącym miesiącu, czas poznęcać się trochę nad tym, co do czytania się raczej nie nadaje. Ciekawi, na co wydawcy zmarnują mnóstwo papieru w październiku? Zaczynamy!

M.S. Force, Sex God, Amber.

Nie oszukujmy się: mamy zupełnie gdzieś, o czym jest ta książka. Na pewno będzie dużo szalonej kopulacji i golizny, co raczej nie jest tym, czego poszukujemy w literaturze. Mało subtelna okładka też jakoś nas nie pociąga. Chciałybyśmy jednak zwrócić uwagę na coś bardzo ważnego: czy wydawcy brakowało pieniędzy na przetłumaczenie tytułu? Kolejne gorące premiery to Playing the Millionaire i Remember me Forever (pisownia oryginalna). Jeśli już te książkopodobne produkty muszą być wydawane, to niech chociaż mają polskie tytuły! Serio…

 

 

Julie Gregory, Mama kazała mi chorować, Amber.

Kolejna poruszająca opowieść o maltretowanych dzieciach, ze smutną dziewczynką na okładce. „Prawdziwa historia tragicznego dzieciństwa” mocno zalatuje rozkładówką brukowca. A jeśli na dodatek wydawca w opisie książki nie sili się nawet na prawidłową odmianę przez przypadki („Matka (…) domagała się kolejnych badań – nawet operację na otwartym sercu!”), no to chyba nie trzeba nic więcej dodawać.

 

 

 

Katarzyna Michalak, Czerwień jarzębin, Znak.

Podobno w życiu pewne są tylko dwie rzeczy: śmierć i podatki. W naszym przypadku jest jeszcze jeden pewnik: nigdy nie przeczytamy żadnej powieści Katarzyny Michalak. Po obejrzenia cyklu Złe książki Pawła Opydo jesteśmy przekonane, że gdyby egzemplarz Czerwieni jarzębin był jedyną rzeczą, jaką zastałybyśmy na bezludnej wyspie, prawdopodobnie użyłybyśmy go do rozpalenia ogniska.

 

 

 

Beata Pawlikowska, Życie jest wolnością, Edpiresse Książki.

Drodzy Państwo, Beata Pawlikowska zdradza kulisy życia „w polskich slumsach”, serwuje opowieść o tym, jak nie została miliarderką i podpowiada, jak zostać pisarzem. A to jeszcze nie wszystko! Obiecuje, że jeśli tylko sięgniecie po jej najnowszą książkę, dowiecie się, jak nazwała swoje dzieci. Nie ciekawi was to? Nas też nie.

 

 

 

Komentarze (6) + Dodaj komentarz

  1. Zuzanna napisał(a):

    To Pawlikowska ma dzieci? A co do Katarzyny Michalak to moje siostry tradycyjnie co roku przy okazji prezentów świątecznych lub urodzinowych straszą mnie, że jak nic nie wymyślę to kupią mi kolejny tom. Na szczęście udaje mi się przeżyć te groźby. Nie mam żadnego.

    • H. napisał(a):

      To niemal groźba karalna! 😀 A czy próbowałaś kiedyś czytać coś autorstwa tej pani? My nie, ale wydaje nam się, że to musi być męka!

      • Zuzanna napisał(a):

        Tak, niestety miałam okazję. 10 lat temu w pociągu z racji braku innej lektury i posiadania niezbyt rozwiniętego gustu czytelniczego – eh błędy młodości – przeczytałam „Poczekajkę”, debiut autorki (nazwa miejscowości istnieje naprawdę). Wtedy tego typu powieści raczkowały. Opowieść standardowa, przypominająca serial „Blondynka” – pani weterynarz ucieka z Warszawy na wieś, a konkretnie pod Zamość, pracuje w tamtejszym zoo, kupuje starą chatę, ma krowę, którą kąpie w szamponie truskawkowym, wierzy w magię i spotyka oczywiście wielką miłość. Brakowało tęczy i jednorożców. To nie była jakaś szałowa lektura, podobała mi się, ale bez szału. Drugiej części już nie zdzierżyłam. A K.Michalak od tego czasu jest bardziej płodna literacko niż króliki.
        Niespodziegadki, jak dobrze, że walczycie niestrudzenie o gusta czytelników.

  2. Anna napisał(a):

    Dokładnie po te same książki nigdy nie sięgnę 🙂

  3. Jess napisał(a):

    Kolejny raz chce przybić Wam piątkę!
    Zarówno ksiązki Beaty jak broń Panie Boze Michalak, sa ostatnimi po jakie mogłabym siegnąć. Swoją droga fascyjnuje mnie fakt jak to sie stało, że Beata Pawlikowska stała sie ekspertka od wszystkiego. Kotowanie, jezyki, slumsy, nazywanie dzieci:P Czekam na modowe poradniki.

  4. Pożeracz napisał(a):

    Dobra szalona kopulacja nie jest zła… Choć może rzeczywiście nie w literaturze. Ale zgadzam się w pełni, że ten trend nietłumaczenia tytułów to sprawa dziwna. Podobnie zresztą jak i dwujęzykowość niektórych. Ale Polacy mają do angielskiego słabość, co widać zwłaszcza w szalonych nazwach przeróżnych sklepów i innych małych firm.

Zostaw komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.