To niesamowite, ale krakowskie targi książki dostarczyły nam mnóstwa inspiracji do tego wpisu! Zwykle nie zapuszczamy się na strony wydawców, których oferta nie wydaje nam się interesująca, nie bywamy też w empikach, więc nie jesteśmy na bieżąco z tym, co jest na topie. Na targach za to nie było przed tym ucieczki. Księżniczki, nagie męskie ciała, ciepłe opowiastki o rodzinnym życiu i doskonałe thrillery czyhały na nas za każdym rogiem. Dziś wybrałyśmy dla was tylko sześć spośród tysięcy książek, których nigdy nie przeczytamy – nie chcemy nikogo przeciążać!

 

Anonimowe wyznania, Novae Res.

Podobno jest taka strona w internetach, na której ludzie anonimowo publikują szokujące wyznania. Komuś wypadły prezerwatywy w kościele, komuś innemu życie uratował Zenek Martyniuk, a jeszcze ktoś udaje geja, by zaciągać dziewczyny do łóżka. Kolejny ktoś wpadł na super pomysł, by zmarnować mnóstwo papieru, wydrukować te historie, wsadzić w adekwatnie paskudną okładkę i sprzedawać. To wszystko, co mamy do powiedzenia, bo zamierzamy zainteresować się tym produktem mniej więcej nigdy.

 

 

Cara Delevingne, Mirror, mirror, Jaguar.

„Thriller doskonały” stworzony przez modelkę i aktorkę oraz dopisaną mikroskopijnym druczkiem Rowan Coleman (która, to niewykluczone, odwaliła większość roboty). Według opisu na okładce główne sukcesy Delevingne to bycie topmodelką, zagranie w kilku filmach, których nie widziałyśmy (i to się raczej nie zmieni) oraz walka z depresją i posiadanie wielu obserwatorów na Instagramie. Żadne z tych osiągnięć nie świadczy o talencie pisarskim, zwłaszcza jeśli do stworzenia powieści potrzebuje się pomocy innej osoby. I choć możliwe, że Cara Delevingne to kobieta orkiestra, raczej się o tym nie przekonamy, zwłaszcza, że nie gustujemy w „thrillerach doskonałych”.

 

 

Dan Brown, Początek, Sonia Draga.

Podobno poszukując dobrej restauracji w obcym miejscu, najlepiej iść za tłumem – im więcej klientów, tym lepszego menu można się spodziewać. Z literaturą jest chyba trochę na odwrót, przynajmniej według nas. Jeśli na sali panuje ścisk, a kolejka po autograf wydaje się nie mieć końca, to znak, że autor serwuje albo przesłodzone romansidła, albo kryminały o smaku ketchupu z McDonald’s. Co kto lubi, my wolimy nie kosztować. Jeśli chcecie wiedzieć, dlaczego nie sięgniemy po nową książkę Dana Browna, sprawdźcie, ile osób powitało go podczas spotkania w ramach Festiwalu Conrada.

 

 

Gabriela Gargaś, Wieczór taki jak ten, Czwarta Strona.

Rzut okiem na okładkę i mamy ochotę postąpić dokładnie tak samo jak wtedy, kiedy w spożywczaku niespodziewanie atakuje nas Last Christmas: ewakuować się. Autorka serwuje literacki odpowiednik ciasteczka z lukrem i cukrową posypką, czyli ckliwą opowieść „pełną świątecznego, niepowtarzalnego klimatu i magii” – dziękujemy, chyba zadowolimy się arabskim sucharem. Wydawca twierdzi, że „gdy ludzie walczą o to, co w życiu najcenniejsze, atmosfera Bożego Narodzenia może zdziałać cuda” – no cóż, widocznie komercyjny sukces stoi w hierarchii wyżej niż ambitna literatura.

 

 

Brittainy C. Cherry, Siła, która ich przyciąga, Filia.

Gdy na krakowskich targach książki zobaczyłyśmy gęsty tłum rozemocjonowanych czytelniczek, skupionych wokół uśmiechniętej amerykańskiej autorki, zaczęłyśmy gorączkowo szukać drogi ucieczki. Zanim jednak wzięłyśmy nogi za pas, dobrze przyjrzałyśmy się książkom, które fanki przyniosły do podpisu. Instynkt nam podpowiadał, że to coś, czego zdecydowanie nie będziemy chciały czytać. I miałyśmy rację! Jedno z pierwszych zdań opisu na stronie wydawcy: „Pomimo jego skutego lodem serca i mojego porywczego temperamentu, czasami łączyły nas chwile” tylko utwierdza nas w przekonaniu, że nie poświęcimy na tę książkę ani chwili!

 

 

Remigiusz Mróz, Większość bezwzględna, Filia.

Z książkami jest trochę jak z jedzeniem: można zaspokoić głód plastikową bułką z budki z fast foodem albo delektować się dopracowanym w najmniejszym detalu posiłkiem zaserwowanym przez prawdziwego mistrza kuchni. My od szybkiego przewracania stron kolejnej sensacyjki autorstwa Mroza wolimy powolne wgłębianie się w powieści, w których każde słowo zostało precyzyjnie wykrojone, by zachwycać niepowtarzalnym smakiem i zapachem. Może Remigiusz Mróz i jego kilka książek rocznie (a może kilkanaście? podobno ma spory zapas w szufladzie) przyciągają i emocjonują, ale nigdy nie uwierzymy, że są w stanie zrobić z głową to, co dzieła Churiego, Trouillot albo Pleijel. A my w literaturze szukamy właśnie „tego czegoś”: przekraczania granic.

 

 

 

Zostaw komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.