jest taka afrykańska legenda, która mówi, że gdy człowiek się rodzi, w tym samym czasie na świat przychodzi jego zwierzęcy sobowtór i od tej pory losy ich obu są z sobą na zawsze połączone, a jedno nie może żyć, gdy umiera drugie, to taka anegdota, którą często rzucam w towarzystwie, gdy nie ma tematów i robi się drętwo, o dziwo wszystkich to ciekawi i zaczynają się zastanawiać, jakie zwierzę byłoby ich sobowtórem, a dokonane przez nich wybory mogą zaskakiwać, bo co powiedzieć, gdy na co dzień zgrywający twardziela miłośnik siłowni stwierdza, że jego sobowtór byłby wydrą, albo gdy ambitna doktorantka prawa wybiera gołębia, bo sra na społeczeństwo

jednak nie mówię tym ludziom wszystkiego, bo nie chcę ich wystraszyć, a prawda jest taka, że te sobowtóry, które rodzą się w tym samym czasie co my, to sobowtóry nieszkodliwe, czyli nudne, nie wchodzące w interakcje z człowiekiem i zawsze czające się gdzieś w cieniu, prawdziwa zabawa jest z sobowtórami szkodliwymi, jednak by takiego mieć, potrzeba trochę czarnej magii, należy wypić paskudną miksturę i trochę pocierpieć, tak właśnie zrobił Kibandi, pan jeżozwierza, autora Zwierzeń, o których tu mowa

Kibandi nie żyje, więc jeżozwierz też powinien powoli odchodzić z tego świata, jednak, ku własnemu zaskoczeniu, ma się całkiem dobrze, więc siada w cieniu baobabu i opowiada mu swoją historię, a do opowiedzenia ma całkiem sporo, bo odkąd został szkodliwym sobowtórem, miał wiele okazji, by szkodzić, tak więc historia spływa z kartki na kartkę wartkim potokiem, nie dając się zamknąć w sztywnych ramach zdań, bo w całej książce, podobnie zresztą jak w tym tekście, nie uświadczycie ani jednej kropki, ci, którzy o twórczości Mabanckou wiedzą już co nieco, prawdopodobnie od razu pomyśleli o Kielonku, przy czym zaznaczam, że mam tu na myśli książkę, a nie trunki

zatem komu na myśl przyszła powieść, o której pisałyśmy tutaj, może być pewien, że to nie przypadek, gdyż Mabanckou sprytnie obie książki z sobą połączył, o czym przekonacie się w trakcie lektury, lecz wspólne punkty tych historii nie ograniczają się wyłącznie do płaszczyzny narracyjnej i stylistycznej, warto też zwrócić uwagę na fabułę, która w obu powieściach wydaje się dość prosta i zabawna, jednak po dłuższym zastanowieniu zaczynamy dostrzegać niekoniecznie wesołe przesłanie, bo okazuje się, że znów nie powiedziałam całej prawdy, posiadanie szkodliwego sobowtóra wcale nie jest bowiem znów takie zabawne, pan jeżozwierza do życia koniecznie potrzebuje ludzkiej krwi, planuje więc kolejne morderstwa, a tytułowy bohater bez słowa sprzeciwu pomaga w uśmiercaniu mieszkańców wioski, a im więcej jest ofiar, tym bardziej głodny jest Kibandi

z tymi powieściami jest tak, że im więcej do nich wniesiemy, tym więcej z nich wyciągniemy, bo tam, gdzie pozornie jest tylko dziwaczna historyjka o zabijaniu ludzi, niezrozumiałe bazgroły bez kropek i wielkich liter, wprawny czytelnik dostrzeże przewrotną opowieść o ludzkiej naturze, której nie tak znowu daleko do zwierzęcości, a w im szerszym kontekście kulturowym umieścimy Zwierzenia jeżozwierza, tym więcej dostrzeżemy rozmaitych nawiązań literackich, zatem odbiór w dużej mierze zależeć będzie od naszych czytelniczych kompetencji

czytanie tej powieści to przygoda, którą możemy przeżywać na wielu poziomach, od ciekawej, baśniowej historii poczynając, przez odkrywanie ukrytych intertekstualnych niespodzianek, aż po inspirującą refleksję nad tym, czym tak naprawdę różni się człowiek od zwierzęcia i czy granica między jednym a drugim rzeczywiście jest tak wyraźna, jak nam się zdaje

Mówimy o: Alain Mabanckou, Zwierzenia jeżozwierza, przeł. Jacek Giszczak, Karakter 2015.

Zostaw komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.