Z ubiegłorocznych głośnych hitów, bestsellerów New York Timesa i książek, które zmienią twoje życie, przeczytałyśmy okrągłe zero. Oto małe zestawienie tytułów, którym z wielu różnych powodów nie udało się nas skusić:

 

Nathan Hill, Niksy, przeł. Jerzy Kozłowski, Znak.

Nie czytałyśmy, bo się jej boimy. Jeśli masz wrażenie, że kiedy otworzysz lodówkę, zamiast dżemu znajdziesz Niksy, to chyba nie jest dobrze, prawda? Nie mówimy, że to zła powieść, po prostu mamy alergię na bestsellery.

 

 

 

 

Duchowe życie zwierząt, Sekretne życie drzew/ krów itp.

Dostrzegamy w tej modzie pewien potencjał: może to naiwne z naszej strony, ale wydaje nam się, że dowiadując się więcej o drzewach, ludzie przestaną ulegać modnemu ostatniemu trendowi na ich bezmyślną wycinkę, a dostrzegając w krowach myślące i czujące istoty, stracą ochotę na wołowinkę. Choć same nigdy nie sięgniemy po takie książki, bo bliższy jest nam inny sposób narracji i wolimy inaczej pozyskiwać informacje na temat zwierząt (vide Éric Baratay), nie mamy nic przeciwko!

 

 

 

Elisabeth Strout, To, co możliwe, przeł. Paweł Lipszyc, Wielka Litera.

Powieści Strout polecało nam wiele zaufanych osób i być może rzeczywiście jest to dobra literatura. Niestety, mamy trochę jak trzylatek, któremu mama za wszelką cenę próbuje wcisnąć w usta łyżkę szpinaku – nie próbowałyśmy i nie mamy ochoty. Jak zmasowany atak ustanie, całkiem prawdopodobne, że nabierzemy apetytu. Może nawet polubimy?

 

 

 

 

Kazuo Ishiguro, Okruchy dnia, przeł. Jan Rybycki, Albatros.

Bardzo chciałybyśmy zapoznać się z twórczością laureata Literackiego Nobla 2017, ale… dlaczego to jest takie brzydkie?! Mimo że okładka to niby rzecz drugorzędna, jakoś nie możemy się przemóc i sięgnąć po książkę w harlekinowej oprawie. Przykro nam, panie noblisto, wierzymy, że zasługuje pan na uwagę, ale poczekamy, aż ładniej pana opakują.

 

 

 

 

Ignacy Karpowicz, Miłość, Wydawnictwo Literackie.

Miłość czytają wszyscy, Miłość jest na Facebooku, miłością do Miłości pała Bookstagram. A my jakoś nie bardzo, zwłaszcza po lekturze opowiadania Karpowicza w magazynie Pismo (po zdaniu „Na nosie miał grube okulary, spowodowane wrodzoną wadą wzroku, oraz sześć lat” straciłyśmy resztki zapału).

 

 

 

 

Szczepan Twardoch, Ballada o pewnej panience, Wydawnictwo Literackie.

„Nowa książka Szczepana Twardocha. Wszystkie najważniejsze opowiadania. I nic więcej nie trzeba już mówić” – pisze wydawca. To odważne, może nawet trochę zuchwałe, założyć, że samo nazwisko autora wystarczy, by zachęcić do lektury. Niestety, dla nas nie wystarczy. Przynajmniej nie nazwisko Szczepana Twardocha.

 

 

 

Hanya Yanagihara, Ludzie na drzewach, przeł. Jolanta Kozak, WAB.

Nowa powieść autorki Małego życia – czy musimy to komentować? Nie lubimy „światowych sensacji literackich” (słowa wydawcy) i nic na to nie poradzimy.

 

 

 

 

Stephen King, To, przeł. Robert Lipski, Albatros.

Horror o klaunie mordującym ludzi i końcowa scena grupowego seksu jedenastolatków jakoś nas nie zachęcają do zainteresowania się twórczością Kinga.

 

 

 

 

David Lagercrantz, Millennium. Tom 5. Mężczyzna, który gonił swój cień, przeł. Maciej Muszalski, Czarna Owca.

Zbuntowana młodzież czyta Millenium, zatroskani rodzice czytają Millenium, pod ławką Millenium podczytuje nauczyciel – jeśli my sobie darujemy, to chyba nic się nie stanie? Jak to mówią: jeśli coś jest dla wszystkich, to jest…

 

 

 

Liane Moriarty, Wielkie kłamstewka, przeł. Magdalena Moltzan-Małkowska, Prószyński i S-ka.

Bestsellerowa książka, na podstawie której nakręcono serial z gwiazdorską obsadą. W opisie wydawcy trzy pytania przywodzące na myśl pewne światopoglądowe broszurki, które ktoś może wam wcisnąć do ręki na ulicy: „Czy musimy kłamać? Czy Ty zawsze mówisz prawdę? Czy prawda nas wyzwoli?”. Jeśli znacie odpowiedzi, dajcie znać w komentarzach, bo my się raczej nie dowiemy!

 

 

 

Komentarze (14) + Dodaj komentarz

  1. Anka W pisze:

    Może jednak noblista? Brzydką okładkę można w końcu zastąpić własną gustowną obwolutą

  2. naia pisze:

    Ach, jak ja Was dobrze rozumiem. Też się często czuję jak to dziecko, któremu się próbuje wcisnąć łyżkę szpinaku :). Dlatego te wszystkie „Niksy”, książki o zwierzętach i roślinach, ludzie na drzewach itd. zupełnie mnie nie kuszą. Karpowicz tym bardziej (wciąż mam traumę po jego tekstach w „Bluszczu”). Za to noblistę szczęśliwie czytałam jeszcze zanim został noblistą i zanim dorobił się tej kiepskiej okładki ;). I mimo wszystko polecam się przekonać! Poza tym Strout też mam na półce. Tylko tę starszą, „Mam na imię Lucy”. Bo brzmiało, jakby to jednak było coś dla mnie. Sprawdzę.

    • Może do odpowiedzialnych za napompowaną promocję kiedyś dojdzie, że strategia szpinakowa niekoniecznie oznacza sukces 😉 Po Strout na pewno kiedyś sięgniemy, bo polecały nam ją osoby, których gust literacki bardzo cenimy, ale musimy jednak trochę odczekać.

  3. Anna pisze:

    Dziewczyny, z tym Ishiguro to przesądziłyście! Przecież to jest kadr z filmu na podstawie powieści! Znakomitego filmu! W dodatku jest to kadr z jednej z najlepszych scen w tym filmie, w której Anthony Hopkins udowadnia, że jest aktorem najwyższej klasy. O Emmie Thompson nie wspomnę. Zamiast narzekać obejrzyjcie lepiej „Okruchy dnia”, bo to rzadka sytuacja, kiedy film jest lepszy od książki, na której podstawie go nakręcono.

    • Aleksandra pisze:

      Bardzo wierzę, że film jest lepszy. To możliwe. Przeczytałam Ishiguro tylko dlatego, że przeczytał mi go Gosztyła. I zaiste film z tego mógł być niezły.

    • Bea pisze:

      Zgadzam sie! Film zrobił na mnie piorunuj ące wrażenie. Przez szacunek do ekranizacji jestem w stanie zrozumiec skąd pomysł na okładkę…

      • Nie twierdzimy że zdjęcie jest brzydkie, a już tym bardziej, że film jest zły albo aktorzy marni (nie oglądałyśmy :-)) – nam się po prostu tego rodzaju okładki nie podobają okrutnie, bo jak na nie nie spojrzymy, tak widzimy harlekin i co zrobić. Skoro jednak mówicie, że ekranizacja udana, to będziemy miały trochę więcej wyrozumiałości dla wydawcy – może uległ magii kina i stąd ten wybór 😉

  4. Aleksandra pisze:

    Ale, ale, „Wielkie kłamstewka” naprawdę dobre (nie widziałam serialu). Nikt egzystencjalnych pytań nie zadaje. At least nie wprost. To w ogóle nie tak. Och, przeczytajcie!

  5. agussiek pisze:

    Hmmm… muszę się przyznać, że obie książki Wohllebena (o drzewach i o zwierzętach) mam na półce… Skusiłam się na nie ze względu na przecudowne zdjęcia. Nie przeczytałam ich jednak jeszcze, więc się nie wypowiem konkretniej.
    Ostatnio postanowiłam się zaznajomić z Ishiguro, ale zdecydowałam się na powieść „Nie opuszczaj mnie”, której okładka też niestety nie powala. Jeśli chodzi o Strout, to jestem bardzo jej ciekawa. Na półce czekają „Bracia Burgess” – zamierzam po nich w najbliższym czasie sięgnąć.

    Natomiast „Niksy” pociągają mnie równie słabo, co „Małe życie” i „Ludzie na drzewach”. Nie czytałam i nie zamierzam. Podobnie, jak pozostałych tytułów z listy 🙂
    Pozdrawiam!

  6. Pożeracz pisze:

    Ha. Wasza strategia chyba słuszną jest. Ja z tej listy czytałem tylko jedną książkę, ale się zawiodłem…. Była to Yanagihara.

  7. Katemeika pisze:

    A ja od czasu gdy Ishiguro został ogłoszony laureatem Nobla, przeczytałem cztery jego powieści i muszę powiedzieć, że wszystkie mi się podobały. Najlepsza z nich to „Okruchy dnia”. Mimo że film oglądałem co najmniej dwa razy to nie nudziłem się ani przez moment. A okładka? No cóż. Czytam ebooki i kiepskie okładki są jeszcze jednym argumentem przemawiającym za książką elektroniczną 😉

Zostaw komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.