Belgia. Królestwo, które przez 535 dni funkcjonowało bez rządu, kraina świetnego piwa, frytek, gofrów i czekolady. Zamieszkiwana przez ludzi uroczych i słodkich, jakby z tej czekolady ulepionych, niepozbawionych jednak gorzkawego poczucia humoru. Wszędzie jest blisko, wszyscy hodują kucyki i są zaskakująco wyluzowani – tak to sobie zawsze wyobrażałam. Czy stolica takiego kraju w jakikolwiek sposób może być noir?

Tak się szczęśliwie złożyło, że właśnie planowałam podróż do Brukseli, gdy ta antologia wpadła w moje ręce, więc bez zastanowienia spakowałam ją do plecaka. Swój pobyt w stolicy Unii Europejskiej zaczęłam więc właściwie już w samolocie. Wtedy zauważyłam, że Bruksela Noir mogłaby posłużyć za coś w rodzaju przewodnika, bo każde opowiadanie odnosi się do innej dzielnicy lub konkretnego miejsca w mieście. Na pierwszych stronach mamy nawet prowizoryczną mapkę, na której wszystkie ważne dla fabuły lokalizacje pozaznaczane są (a jakże!) białymi kształtami kojarzącymi się z miejscem zbrodni. Pomysł był niezły, jednak dość szybko poszedł w zapomnienie: atrakcje i życie towarzyskie skutecznie uniemożliwiły mi dalsze literackie wędrówki.

Skłamię, jeśli powiem, że po tej wycieczce dobrze znam Brukselę, jednak udało mi się nieco jej doświadczyć (taki mam model zwiedzania: zamiast odwiedzać najpopularniejsze miejsca z przewodnika, wolę chodzić, gubić się, oglądać, słuchać i jeść lokalne specjały). Widziałam wypielęgnowane parki i ogrody, dzielnice, w których byłam jedyną kobietą bez hidżabu, oraz lokalne puby pełne wesołych rumianych wujaszków (jeden nawet podszedł do naszego stolika, by przybić mi piątkę). Trafiałam na zupełnie puste ulice, brzydkie betonowe biurowce i zabieganych ludzi na stacji metra. Jedno mogę stwierdzić na pewno: Bruksela, choć bez wątpienia niejednorodna i wielokulturowa, nie zrobiła na mnie piorunującego wrażenia. A jakie wrażenie zrobiły opowiadania?

Przede wszystkim wydaje mi się, że to świetny sposób, by dowiedzieć się co nieco o mieście w mniej oczywisty sposób. Wiele opowiadań dobrze i dokładnie opisuje konkretne miejsca i ich atmosferę (nie raz podczas lektury uśmiechałam się do siebie i myślałam „o, byłam tam”!), co faktycznie budzi ochotę, by wybrać się tam samemu i zobaczyć to na własne oczy. Jak to z antologiami jednak bywa, poziom opowiadań jest raczej nierówny. Wygląda to tak, jakby wybrana grupa autorów została poproszona o napisanie czegoś, co mniej więcej będzie się wpisywało w temat, w efekcie czego dostajemy więc raczej zaskakującą mieszankę. To, co kojarzy mi się z gatunkiem noir (którego znawczynią ani fanką nie jestem), czyli brukowymi powieściami kryminalnymi w stylu Raymonda Chandlera, znalazłam w zaledwie kilku tekstach. Poza tym mamy tu na przykład przypominające mi nieco serial Black Mirror opowiadanie antyutopijne (które zresztą chyba najbardziej ze wszystkich przypadło mi do gustu), w którym prąd włączany i wyłączany jest codziennie o określonej godzinie, nie można korzystać z transportu publicznego bez specjalnej przepustki, a wyposażone w kamery drony nieustannie obserwują każdy ruch bohaterki. Choć zazwyczaj nie sięgam po taką literaturę, z miłym zaskoczeniem odkryłam, jak przyjemnie i dobrze mi się to czytało. Świetnie zbudowane napięcie i zaskakujący koniec (nigdy się nie spodziewałam, że kiedykolwiek na Niespodziegadkach padnie takie stwierdzenie!).

Plus też dla opowiadania nawiązującego do sprawy Semiry Adamu, uciekającej z kraju przed aranżowanym małżeństwem młodej Nigeryjki, która w 1998 roku została uduszona przez belgijską policję.

Żeby jednak nie było zbyt słodko, muszę wspomnieć o okropnej historyjce o zblazowanym przewodniku wycieczek, lubiącym wkładać turystkom łapska w majtki. Autor bardzo chciał być Bukowskim, a ja bardzo chciałam, żeby dał już sobie spokój.

Mam też wrażenie, że niektóre opowiadania kończą się nagle i nieco bezsensownie. Zupełnie jakby autor zaczynał pisać powieść i w międzyczasie orientował się, że jednak trzeba kończyć, bo zaraz wyjdzie za dużo stron (to trochę przypomina mi historie, które pisałam jako dziecko. Gdy bohaterowie mi się nudzili lub odechciewało mi się dalszego tworzenia, jedna z postaci zwykle nagle okazywała się kanibalem i zjadała wszystkie pozostałe). Szkoda, bo sporo tu zmarnowanego potencjału.

Mimo wszystkich minusów mam wrażenie, że Bruksela Noir broni się dzięki swojej konwencji – w końcu to antologia o mieście, a w każdym mieście są miejsca, do których warto wracać i takie, których lepiej unikać. I choć nie przepadam ani za opowiadaniami, ani za kryminałami, całkiem nieźle bawiłam się na tej wycieczce.

Mówimy o: Bruksela Noir, pod red. Michale Dufranne’a, przeł. Elżbieta Derelkowska, Michał Przybysz, Agnieszka Fijałkowska-Żydok, Claroscuro, Warszawa 2017.

 

Zostaw komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.