W XXI wieku mało kto czyta poezję – to fakt. Ostatnio jednak zaczęłyśmy się zastanawiać nad tym, dlaczego tak jest i co można zrobić, by temu przeciwdziałać.

Po pierwsze: mamy wrażenie, że współczesna wrażliwość nie potrafi sprostać wyzwaniom, jakie rzuca jej poezja. Choć tomiki są małe, raczej nie nadają się do czytania w transporcie publicznym czy w przerwie między sprzątaniem łazienki a gotowaniem obiadu. Żeby czerpać przyjemność z lektury, trzeba mieć sprawnie działający, świeży umysł (a niełatwo o to po ośmiu godzinach pracy i kolejnych dwóch spędzonych w korku) i wolny czas. W dobie wiecznego zabiegania oraz miliona bodźców, atakujących nas z każdej strony i nieustannie walczących o naszą uwagę, poezja ma małe szanse na przebicie się. Kolejnym problemem jest fakt, że czytanie wierszy wydaje się czynnością raczej ekskluzywną, zarezerwowaną dla elit. Potwierdzają to też ceny samych tomików, które bywają droższe od powieści. I wcale się tym cenom nie dziwimy, bo nakłady małe, wydania często przepiękne (!), a autorzy i wydawcy chcą zarobić na swojej pracy. Z drugiej strony jednak nie można się dziwić przeciętnemu zjadaczowi chleba, który jeśli już decyduje się na jakiś zakup w księgarni, prędzej sięgnie po prozę niż po onieśmielającą lirykę, bez żadnej gwarancji, że cokolwiek z niej zrozumie. I błędne koło się zamyka.

Jak sobie z tym poradzić?

Nie mamy gotowego rozwiązania. Otwarcie społeczeństwa na literaturę w ogóle wymaga w tym kraju ogromnych nakładów pracy i zmian, które musiałyby zachodzić przez kilka następnych pokoleń (ciekawe jesteśmy, czy w ogóle dożyjemy takich czasów). No i nie oszukujmy się: ktoś, kto w ogóle nic nie czyta, nie sięgnie nagle po poezję. Za to osoby, które na co dzień pochłaniają powieści, mogą z powodzeniem urozmaicić sobie czytelnicze życie innym rodzajem literackim. Jak zacząć? Najlepiej powoli. Zajrzeć do biblioteki (lub biblioteczek przyjaciół) i przekonać się, co nam się podoba, a co nie. My na przykład przekonałyśmy się, że lubimy mocne przesłania, czasem nieco chropowate utwory, gry słowne i wyczuwalne napięcie. A od truizmów (nie mylić z Truizmami), wyznań miłosnych i pseudointelektualizmu robi nam się niedobrze.

A jak już wiemy, co lubimy, można zaryzykować i wybrać się do księgarni. Takiej dobrej, z profesjonalnymi księgarzami i księgarkami, którzy orientują się, podpowiedzą i doradzą.

Można też zaufać krytykom oraz blogerom i na przykład sięgnąć bo któryś z tomików nominowanych w tym roku do Nagrody im. Wisławy Szymborskiej! Poniżej prezentujemy wam kandydatów:

 

Wojciech Bonowicz, Druga ręka, Wydawnictwo a5.

Druga ręka to siódmy już tom poetycki Wojciecha Bonowicza. Jak podpowiada tytuł, tematem łączącym poszczególne utwory są źródła inspiracji. Czasem to wielcy mistrzowie pióra, czasem przypadkowo napotkani ludzie. Natura, przedmioty codziennego użytku, obrazy powracające z przeszłości. Bonowicz pyta o tożsamość artysty. Z jego wierszy wyłania się obraz poety jako człowieka o szczególnej wrażliwości, czułego na detale i z dokładnością rejestrującego rzeczywistość, pozostającego trochę na uboczu, ale jednak człowieka: poeta, podobnie jak inni ludzie, zmaga się ze swoją duchowością i fizycznością i zmuszony jest reagować na świat nie tylko poprzez pióro, ale również codzienne rozmowy, wydarzenia, interakcje. Ba! Poeta nawet jeździ tramwajem, zbiera z chodnika ulotki, moknie w deszczu i używa Facebooka. To całkiem miła myśl, co?

 

Julia Fiedorczuk, Psalmy, Fundacja na Rzecz Kultury i Edukacji T. Karpowicza.

Nie możemy wyjść z podziwu, jak pomysłowo i pięknie wydaje się w Polsce poezję! Do Psalmów dołączona jest płyta CD z nagraniem wierszy recytowanych przez Fiedorczuk, więc jeśli ktoś woli słuchać niż czytać, ma taką szansę. Zresztą któż może wiedzieć lepiej niż sama autorka, jak należy czytać jej utwory? Nam się wydaje, że Psalmy trzeba przede wszystkim czytać powoli. Strona po stronie książka otwiera się przed nami coraz bardziej, a my stopniowo otwieramy się na nią. Sporo tu odwołań do natury i życia (w różnych formach i stanach skupienia), a w warstwie językowej wpływy biblijne przenikają się z nowoczesnością.

 

 

Natalia Malek, Kord, Wojewódzka Biblioteka Publiczna i Centrum Animacji Kultury i Staromiejski Dom Kultury w Warszawie.

Pierwsze wrażenie: jak to jest ładnie zrobione! Wierszom Natalii Małek towarzyszą fotografie Anny Grzelewskiej. Zdjęcia mają specyficzny klimat. Nowe przeplata się ze starym, oszczędność kontrastuje z przesadą, obok siebie funkcjonują sztuka i kicz. Podobnie jest z poezją Małek: prozaiczność nie wyklucza doniosłości, a małe i wielkie pytania rodzą się na przemian, jak tutaj: „Poważne sprawy zajmowały ją / nie mniej niż trywialne. Basen. Inflancka. Populacja i depopulacja – / jak doczepianie włosów. (Tyle czynności wiąże się z importem kawy, / a ona nadal jest niezbędna) Patrzyła na ulicę. Ziarno Matyldzie / to nie skupisko”. Poetka lubi zaskakiwać i chętnie zestawia tematy na zasadzie kontrastu. Jej utwory są pełne napięć i niejasności. Czyta się je trochę jak zaszyfrowane wiadomości – wytężając umysł, by odkryć ukryte sensy.

 

Marta Podgórnik, Zimna książka, Biuro Literackie.

Niektóre wiersze Marty Podgórnik nie wyglądają nawet jak wiersze, raczej jak mikroopowiadania lub luźne zapiski. Dopiero podczas czytania nagle słyszymy w głowie, jak rytmiczne i melodyjne są te teksty. To właśnie wtedy zauważamy, że pojedyncze słowa, czasem wciśnięte w sam środek linijki, ocierają się o siebie, tworząc rymy. Jest to poezja wyjątkowo user-friendly – czyta się ją naprawdę sprawnie i przyjemnie, bez poczucia, że to wydumane, trudne i wykluczające. A jednocześnie nie są to utwory płaskie czy banalne. Znakomicie wyważone i skomponowane, zostają w głowie na dłużej.

 

 

 

Ilona Witkowska, Lucyfer zwycięża, Ha!art.

Malutka książeczka, a jaka w niej moc! Lekko chropowate, krótkie i bardzo celne utwory. Wszędzie małe litery, wersy rozstrzelone po stronach jak pociski (blurb Marcina Sendeckiego, porównujący wiersze Witkowskiej do „pocisków melancholijnego gniewu” jest bardzo trafny).  Te wiersze bardzo się wpisują w naszą estetykę. Czasem wystarczy zaledwie kilka wersów, by nas kupić: „żyjemy, / rozejrzyjmy się. taką mamy perspektywę, / jak te owady, co siadają nocą na oknach. / śpiewamy do siebie długie piosenki. / gdybyśmy wiedzieli, co u nas nawzajem, / serca by nam pękły”. Choć tekstu tu mało, jest on tak gęsty, że mógłby obdzielić jeszcze kilka innych książek.

 

Podczas tegorocznej edycji wprowadzono zmianę w regulaminie. Odtąd tomy autorów zagranicznych oceniane są w osobnej kategorii. Podoba nam się, że nagrodę otrzymuje tandem: poeta lub poetka i tłumacz lub tłumaczka. Dobrze, że coraz częściej zauważamy, że utwory literackie nie tłumaczą się same, i staramy się doceniać autorów i autorki przekładów. A tłumaczenie poezji? Przecież to dopiero wyższa szkoła jazdy!

Komu przypadł zaszczytny tytuł pierwszego w historii Nagrody im. Wisławy Szymborskiej wyróżnionego duetu poeta-tłumacz? Nas werdykt kapituły ani trochę nie zdziwił! Za najlepszy opublikowany między 2016 a 2017 rokiem tom poetycki w przekładzie na polski uznano Przejdź do historii (Lokator 2017). Nagrodę otrzymały autorka, młoda szwedzka poetka Linn Hansén oraz tłumaczka Justyna Czechowska.

 

Linn Hansén, Przejdź do historii, przeł. Justyna Czechowska, Lokator 2017. 

Linn Hansén mogłaby być naszą starszą siostrą. Dlaczego o tym wspominamy? Bo gdyby nie to, że najpierw zobaczyłyśmy ją na zdjęciu, a dopiero potem sięgnęłyśmy po jej poezję, trudno byłoby nam uwierzyć, że to naprawdę rocznik ’83! W tomie Przejdź do historii Szwedka skupia się na temacie przemijania. Pyta o upływający czas, małą i wielką historię, pamięć, nostalgię. I to nie są ani rozdmuchane, patetyczne wiersze o ojczyźnie, ani rymowanki o tym, że „ojej, czas mija, bo fajki się skończyły, a zaraz zima, jakie to smutne”, jakich teraz wszędzie pełno. Poezja Hansén do głębi porusza, zmusza do zmierzenia się ze sprzecznymi emocjami. Poetka składa swoje wiersze z haseł i sloganów, które sprawiają wrażenie wycinków z gazety albo fragmentów z podręcznika do historii. Te często są błahe, regularnie oglądamy je w prasowych nagłówkach albo w paskach w telewizji. Zestawione, odkrywają zupełnie nowe sensy i robią w głowie przemeblowanie. Przejdź do historii to dojrzała, robiąca wrażenie twórczość. Czytasz i myślisz: czy ta Linn Hansén naprawdę ma 35, a nie 79 lat? Wygląda na to, że naprawdę.

 

A w bonusie rozmowa z Justyną Czechowską, tłumaczką Linn Hansén, na kanale Wyliczanka:

 

Ciekawi twórczości nominowanych do Nagrody im. Wisławy Szymborskiej? Zajrzyjcie na nasz instagram, gdzie publikujemy fragmenty wierszy, a potem koniecznie sprawcie sobie wybrane tomiki na własność!

 

Zostaw komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.