Patrz, jaka ona niska. Płaska jak deska. Za szerokie biodra. I ten cellulit. Co za trądzik, niech lepiej zacznie myć twarz. Włosy za rzadkie, a może wręcz przeciwnie, zbyt bujne owłosienie… wszędzie? Dziewczęce ciało (a później ciało kobiety) nieustannie poddawane jest ocenie, zwykle od wczesnych lat życia. Wiele z nas już do tego przywykło i rzadko o tym rozmyślamy, ale zastanówmy się: czyż nie mamy obsesji na punkcie wyglądu kobiet?

Pamiętam, że zwróciłyśmy na to szczególną uwagę, przeglądając zdjęcia z rozdania Pewnej Bardzo Ważnej Nagrody. Zaznaczę tutaj, że była to nagroda przyznawana za osiągnięcia intelektualne. Wyróżniono grupę składającą się z kilku mężczyzn i jednej kobiety. Komentarze były szokujące: „świetna robota, chłopaki, a ty, Kasiu, ślicznie wyglądałaś”, „super sukienka, Kasiu!”, „piękna kobieta”… To tylko niektóre z nich. I tak, to wydarzyło się naprawdę. Podobnie działa to też w drugą stronę: spójrzmy na to, co się dzieje w polityce. Feministki to grube brzydule, których nigdy nie chciałby „ruchać” jakiśtam brzydki pan z jakiejśtam prawicowej telewizji. Na lewo to samo: wystarczy wspomnieć superśmieszne memuchy o posłankach partii rządzącej w strojach kąpielowych. Komentarz na temat wyglądu kobiety to środek, za pomocą którego można zarówno wyrazić dla niej ostateczne uznanie, jak i zupełnie ją zdyskredytować.

Zawsze w głębi duszy miałam w sobie sprzeciw wobec takiego myślenia, czułam, że w życiu chodzi o coś więcej niż o bycie ładną. Czy to ważne, że ma się grube uda albo krzywe zęby, kiedy można być silną, mądrą i zabawną? Przyjacielską, otwartą, wrażliwą? Można świetnie gotować albo szybko biegać? Niestety, jako dziecko nie znajdowałam zbyt wiele opowieści potwierdzających moją teorię. Dlatego cieszę się, że trafiłam na książkę Clémentine Beauvais i chciałabym napisać, że gdybym przeczytała ją w dzieciństwie, miałabym jeszcze więcej frajdy… ale to nieprawda, bo nawet teraz bawiłam się epicko.

Historia jest dość prosta: Astrid, Hakima i Mireille zostają laureatkami szkolnego plebiscytu na najbrzydsze dziewczyny w szkole, otrzymując tytuły odpowiednio Złotego, Srebrnego i Brązowego Paszteta. Mireille, narratorka powieści, jest już trzykrotną zdobywczynią tego wątpliwego wyróżnienia, więc niewiele sobie z niego robi (a przynajmniej stara się, żeby tak to wyglądało). Gdy postanawia poznać pozostałe dziewczyny, nie wie nawet, że czeka ją prawdopodobnie jedna z największych przygód życia: Pasztety postanawiają wybrać się do Paryża. Każda z nich ma inny cel: posłuchać na żywo ukochanego zespołu, spotkać biologicznego ojca, oczyścić dobre imię rodziny. Wpadają na pomysł, by wybrać się tam na rowerach, a po drodze sprzedawać… Zgadnijcie, co? Tak, paszteciki! Towarzyszy im niepełnosprawny dorosły brat Hakimy, piękny jak marzenie. Wkrótce ich wyprawą zaczynają się interesować media, a hasztag #3pasztety opanowuje tweetera. Dziewczyny przeżywają szalone przygody, poznają nowych ludzi, chodzą na imprezy. Muszą też mierzyć się z wszechobecnymi hejterami, lecz mimo niepowodzeń prą do przodu.

Jest to niejako powieść drogi, bo towarzyszymy Pasztetom nie tylko podczas mozolnego pedałowania przez Francję, ale też obserwujemy zachodzące w nich wewnętrzne przemiany. Autorka nie daje nam jednak rozwiązań i zakończeń, do jakich przyzwyczaiła nas kultura. Cechą charakterystyczną klasycznych opowieści dla dzieci jest to, że jeśli już występuje w niej brzydki bohater, to albo jest zły, albo w trakcie trwania historii przechodzi metamorfozę i staje się piękny. Żaba zmienia się w księcia, Bestia przystojnieje, brzydkie kaczątko staje się łabędziem. U Beauvais nic takiego się nie dzieje. I całe szczęście!

Sukcesem w tej książce nie jest bowiem uroda czy popularność. Wygraną jest odważne stawienie czoła demonom, spełnianie marzeń, odkrywanie prawdy o sobie i otoczeniu, a wreszcie – prawdziwa przyjaźń. I choć zdaję sobie sprawę, jak górnolotnie to brzmi, musicie mi uwierzyć na słowo: nie ma tu żadnych truizmów czy łzawych kawałków. Pasztety, do boju! nie są manifestem wykluczonych i to stanowi o ich ogromnej sile. To manifest dziewczyńskiej siły, niezależności i pomysłowości, okraszony mnóstwem poczucia humoru. Moje dzieci będą to czytać (a ja razem z nimi!).

Mówimy o: Clémentine Beauvais, Pasztety, do boju!, przeł. Bożena Sęk, Wydawnictwo Dwie Siostry, Warszawa 2017.

Ten wpis jest częścią cyklu #girlpower: o książkach pisanych przez kobiety, lecz nie dla kobiet. Dla ludzi.

Komentarze (2) + Dodaj komentarz

  1. Kasia pisze:

    Właśnie skończyłam czytać i też się bardzo ubawiłam 🙂 zastanawia mnie jak w oryginale określone zostały nasze Pasztety i czy też sprzedawały paszteciki, nawet jeżeli nadano im inne przezwisko. Tytuł francuski jest inny i z tego co sprawdziłam, nie odnosi się bezpośrednio do jedzenia (a przynajmniej tyle udało mi się wywnioskować wspomagając się słownikiem internetowym, bo francuski to dla mnie język bardzo obcy). Angielskie „Piglettes” juz jest bardziej zbliżone i wyobrażam sobie, że można wymyślić adekwatnego food trucka 🙂 Trafiłam gdzieś na informację, że angielskiego tlumaczenia dokonała sama autorka, więc może i angielski tytuł jest wierny wersji francuskiej jeżeli chodzi o określenie bohaterek? Może wiecie coś więcej na ten temat?

  2. Bożena Sęk pisze:

    Już wyjaśniam.
    W oryginale nasze pasztety to były „boudins”. Boudin to dosłownie kaszanka, tak też we Francji mówi się na kogoś brzydkiego – nasz odpowiednik to kaszalot czy pasztet właśnie. A sprzedawały oczywiście kaszaneczki. Tytuł oryginalny, „Les petites-reines”, to dosłownie królewny, ale jest dwuznaczny, ponieważ tak samo mówi się na rowery, choć współcześnie już bardzo rzadko. To stare słowo, powstało gdzieś na przełomie XIX i XX w., gdy jakaś nastoletnia następczyni któregoś europejskiego tronu jeździła po Paryżu na rowerze, wówczas nie tak powszechnie używanym.
    „Piglettes” to neologizm, który ukuła Autorka.

Zostaw komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.