Ucieczka przed grawitacją

Ida Linde, Poleciały w kosmos

Macie czasem tak, że brakuje wam czegoś, ale nie jesteście w stanie tego nazwać? W swoim czytelniczym życiu przeżywam takie kryzysy dość często. Jest we mnie paląca pustka, którą zapełnić może tylko dobra książka, ale dobra w określony sposób, dostarczająca wrażeń, których akurat mi potrzeba. Co za szczęście, że trafiłam na Poleciały w kosmos Idy Linde – z tej lektury nie tylko wyciągnęłam dla siebie wszystko, czego potrzebowałam, ale nawet zostało trochę, żebym sobie zapakowała na drogę. CZYTAJ WIĘCEJ

Niezwykła opowieść o zwykłym życiu

Petra Soukupová, Pod śniegiem

Powieść Pod śniegiem Petry Soukupovej jest jak francuski film z lat 60.: gwarny, żywiołowy, swobodny. Obraz drży, kadr dobrany jest pospiesznie, kamera od czasu do czasu niespodziewanie wędruje w inny punkt. CZYTAJ WIĘCEJ

Zbudować świat i oswoić demony

Monika Kompaníková, Piąta łódź

Od jakiegoś czasu zakładki do książek zastępuje mi ołówek. Lubię mieć go pod ręką, bo nigdy nie wiadomo, czy na kolejnej stronie nie pojawi się jakieś wyjątkowe zdanie, do którego będę potrzebowała później wrócić, którym będę musiała koniecznie podzielić się z drugą połową Niespodziegadek lub po prostu takie, które będę chciała zatrzymać w pamięci na dłużej. Zwykle kończy się na kilku zabazgranych stronach, nim książka wróci bezpiecznie na półkę. Jednak w przypadku Piątej łodzi stępiłam sobie cały rysik. Do zera. CZYTAJ WIĘCEJ

Opętanie w Sudanie

At-Tajjib Salih, Sezon migracji na Północ

Dawno, dawno temu[1], gdy ukazał się polski przekład Jalo Iljasa Churiego, pewien bloger (nie pamiętam już, kto to był, wybaczcie!) nazwał tę powieść „arabskim sucharem”. Być może nie jest to miejsce na dyskusję o upodobaniach kulinarnych, ale pozwolę sobie zaznaczyć, że ja takimi sucharami mogłabym się żywić każdego dnia, więc byłam zachwycona, gdy w moje ręce wpadł Sezon migracji na Północ At-Tajjiba Saliha. CZYTAJ WIĘCEJ

266 stron festiwalu literackiego

John Maxwell Coetzee, Elizabeth Costello

„Coetzee jest mi do życia koniecznie potrzebny” – napisała kiedyś Małgorzata Szczurek. Jest to zdanie, pod którym nie tylko jestem skłonna podpisać się wszystkimi kończynami, ale wręcz z radością wytatuowałabym je sobie na czole. Dopóki nie zaczęłam czytać Coetzee’ego, nie rozumiałam tych wszystkich szalonych fanek, które mdleją na koncertach, bo na scenę wkroczył ich ulubiony zespół. Teraz wiem dobrze, co czują. Gdyby na mojej drodze stanął autor Hańby we własnej osobie, prawdopodobnie padłabym bez czucia na ziemię (a wcześniej wydałabym z siebie dziki, pierwotny okrzyk). CZYTAJ WIĘCEJ